środa, 22 stycznia 2014

Rozdział VII Próba


No cóż... Wróciłam Podziemia.. Czego mogłam chcieć więcej? Siedziałam zamknięta w celi. Zimnej, brudnej, ciemnej celi. Przynajmniej miałam pewność, że Zoe jest już bezpieczna. Wyprostowałam nogi i oparłam się o ścianę... Zaczęłam sobie nucić.. Zamknęłam oczy. Myślałam o Niebie. Wiecznym zapachem wanilii i wszechobecnym dobrem. Miłość można było tam dotknąć. Ktoś walnął w kraty. Poskoczyłam. Stał tam Boruta. Mieczem obijał o kraty.
-Mówiłem Ci, że za to zapłacisz...
Zaśmiałam się.
-Nawet nie wiesz jaka to ulga myśleć, że ochroniłam jedną małą duszę przed wami...
Uśmiechnął się złowieszczo.
-Jeszcze nie wież co Cię czeka...
Odszedł zostawiając mnie samą. Próbowałam rozluźnić mięśnie karku. Jednak po słowach Boruty ciężko było to zrobić. To był czas dla mnie. Na rozmyślanie i tak dalej. Pomyślałam, że mogę popróbować połączyć się z Ivy.. Ale nigdy to nam nie wychodziło. Czemu więc miało teraz zadziałać? Ale w sumie... Zawsze warto próbować.

* * *

Siedziałam jak zwykle pod tronem Boga. Brak Daiany bardzo dawał mi się we znaki. Odgarnęłam kosmyk z mojej twarzy za ucho. Minął ile... tydzień..? Dwa? Straciłam rachubę...
-Ivy..?
Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie było. Przesłyszałam się.
-Ivy błagam.. słyszysz mnie?
Zamrugałam. Rozglądnęłam się wokół siebie. Brak oznak życia.
-Ivy.. Błagam... - jęknął głos.
-D.. Daiana?
Głos zapiszczał z radości.
-W końcu nam się udało...!
Nie wierzyłam własnym uszom. Połączyłyśmy się. Uśmiechałam się.
-Ale czemu dopiero teraz?
Westchnęła.
-Pewnie niedługo umrę...
Wstałam.
-CO?!
Słychać było ciche przełknięcie śliny.
-Tak.. chcę cię na to przygotować...
-NIE MOŻLIWE! ON TEGO NIE ZROBI!
Zaśmiała się.
-Zrobi.. użyłam przeciw niego Puerignis..
Jęknęłam. Tylko nie to... Użyła jednego z mieczy na duszę, aby bronić... Skąd ja to wiem?  Możliwe, że po prostu znam dobrze Siostrę.
-Daiano kogo chroniłaś?
-Nefilimkę..
Zatkało mnie. Ogólnie Nefile nie były lubiane przez Upadłych. Szczerze? Przez Niebo też, ale zawsze znalazło się tu dla nich miejsce. Zaczęłam chodzić w kółko. Nie mogłam nic poradzić. Nagle mnie olśniło.
-A gdyby..?
-Nie – przerwała mi Daiana – złożyłam przysięgę. Mogą robić co chcą...
No tak. Moja Siostra zawsze znajdzie kłopoty.
-I co teraz? - spytałam.
-Czekajmy...

* * *

Miałam najłatwiejsze zadanie. Przyprowadzić Serafinę na plac. Polubiłem moją podopieczną i... szczerze? Było mi jej żal. Miała przed sobą próbę bardzo ciężką dla anioła. Szedłem ciemnym korytarzem trzymając pochodnie. Oświetlała tylko metr  przede mną. Nienawidziłem lochów. Klucze obijały mi się u pasa. W końcu doszedłem do celi Anioła.
-Daiano? - powiedziałem.
Zobaczyłem dłonie owinięte wokół prętów.
-Jestem... Zabiją mnie?
Pokręciłem głową.
-Nie... Nie dziś...
Prychnęła.
-Nie pocieszyłeś mnie...
Otworzyłem celę. Była wyczerpana. Nie mogła nawet wstać o własnych siłach. Nie wiedziałem, że Piekło tak zmienia. Jak taka słabiutka miała unieść ciało swoje, a co dopiero czyjeś?  Musiałem jej pomóc wstać. Założyłem jej ramię na moją szyję. Jedną ręką trzymałem ją w pasie, a drugą przytrzymałem ją za rękę.  Musiałem olać pochodnie. Szliśmy w kompletnych ciemnościach. Prawie potknąłem się, bo zapomniałem o schodach. Wspinaliśmy się. W końcu, u szczytu schodów, naparłem na wielkie stare wrota. Skrzypnęły leniwie.  Usłyszałam jak dziewczyna z trudem bierze wdech. Oślepiło ją czerwone światła Piekła. Dopiero po chwili zrozumiała z przerażeniem co się dzieje na wielkim kamiennym dziedzińcu, na którym właśnie jesteśmy.

* * *

Koszmar. Miałam nadzieję, że to tylko głupi koszmar. NA środku dziedzińca stała wielka platforma. A na niej dwie szubienice. Skazańcy byli do nich przywiązani. Jednak stali na pudłach i na razie nie byli duszeni. Na razie.. Zaczęłam płakać. Byli tam dwaj mężczyźni. Jednego rozpoznałam. Był to ten, który mnie złapał na Ziemi. Nefilim. Miał podbite oko. Ogólnie cały bił w siniakach. Bałam się spojrzeć na drugiego. Musiałam. Stał tam Lucjan. Nie, nie, nie, nie... Wszystko idzie nie tak! To ja miałam zginąć... Nikt inny. Saul zaciągnął mnie na środek podestu. Stał tam już z uśmieszkiem Samuel. Gromadził się tłum. Ja upadłam na kolana po nie mogłam stać Mój Brat wziął mikrofon stojący obok nas.
-Witajcie! Witajcie! - uśmiechnął się.
Tłum ciągle szmerał. Nie dziwiłam im się.
-Nie którzy już wiedzą... Inni nie.. że ta Anielica! - wskazał na mnie – chroniła Nefilimkę...
Przerzedła fala zdziwienia po Upadłych. No tak.. To była zdrada stanu.
-Wszyscy wiemy jaka jest za to kara... - spojrzał na mnie – śmierć.
Większość w tłumie się uśmiechnęła.
-Jednak.. to Anioł... i wróciła by do swojego Nieba.. - prychnął – mam dla ciebie lepszą karę... Za to, że chciałaś uchronić Nefilima... Wybierzesz. Kto przeżyje? Twoja decyzja... A więc.. - nastała chwila ciszy – kogo krew będziesz mieć na rękach?
Odsunął się na bok. Spojrzałam na niego z przerażeniem.
-Czas.. START!
Chłopcy zostali zepchnięci z pudeł. Zaczęli się szamotać w powietrzu. Ktoś rzucił mi prawie tępy nóż. Powinnam była chronić ludzi. Taka jest rola Aniołów... Jednak.. Lucjan... Zamknęłam oczy. Rozłożyłam i poleciałam. Zaczęłam ciąć linę. Bardzo powoli mi to szło. Jeśli miałam uratować ich dwóch to miałam za mało czasu. Szatan jest przebiegły. Wiedział jak mnie podejść. Pierwszy z chłopców odzyskał dech i leżał bezpiecznie na ziemi. Od razu ruszyłam do drugiego.
-Wytrzymaj.. wytrzymaj.. - mówiłam do niego.
Przestał się ruszać. Odcięłam linę. Było za późno. Leżał nieruchomo na glebie. Zalałam się łzami. To moja wina. On nie żył. Świetnie. Gdybym była Ivy... Miała bym prostszy wybór. Ona jest ślepo posłuszna rozkazom. Gdybym nią była...
-Ale nią nie jesteś.. -szepnął mi do ucha Lucjan.

***
Wybaczcie , że krótki :D ale 8 będzie dłuższy ;3 /Liw

Bądźcie ze mnie dumni :3

Witam kochani! 
W końcu ogarnęłam co z czym się je na bloggerze xD Tak... Piszę to ja! Liw! Wasze komentarze naprawdę mnie poruszyły i zachęcały do pracy... <3 Kocham was serio! Mi się osobiście nie podoba to opowiadanie, ale jak mam pomysł to muszę to napisać  :3 Jest parę spraw.
         1. PRZEPRASZAM ;____;
Zrobię coś złego... za parę rozdziałów...
         2.  A więc ponieważ mam wenę i  są ferie to piszę codziennie jeden rozdział. Gdy wrócą szkolne dni będę wstawiała wam raz na tydzień...
To chyba tyle :* Ja wracam do pisania, a was zachęcam do komentowania! (haha xD Jak mi się zrymowało... TO ZNAK!)
~Liws
Widzieliście zwiastun drugiego sezonu (tak, tak wiem, że nie skończyłam pierwszego, ale nie miałam weny XD )? :3 Pierwsza seria skończy się w pięknym momencie <3 Jak ktoś nie widział to wam tu dam :3
 ---->  http://www.youtube.com/watch?v=jkM_pMYrQpA

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział VI Nie oceniaj książki po okładce

Przed moją ladą stała mała dziewczynka. Mogła mieć z dwanaście lat. Była Nefilimem. Długie Blond włoski opadały jej  na ramiona, zakrywając szare oczy. Jej rysy były bardzo delikatne, a usta pełne i karminowe. Skórę miała bladą. Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Miała ubrany czerwony płaszczyk. Spod niego wystawała biała sukienka. Na nogach miała czarne kozaczki. Wyglądała na przestraszoną. Czy to może pozory? Może za drzwiami siedzieli ludzi z bronią? Ale ona wyglądała tak niewinnie...
-Mhm.. W czym mogę pomóc? - zagadnęłam.
-Mogę prosić... - spytała słabym głosikiem – Biblie?
Mrugnęłam parę razy oczami. Po co dziecku Biblia?  Uśmiechnęłam się ciepło.
-Oczywiście...
Ruszyłam do drugiej półki po lewej. Wzięłam małą wersje i bardziej jasną. Podałam jej Pismo Święte. Posłała mi słaby uśmiech.
-Dziękuje.
Odwiesiła kurtkę na wieszak. I usiadła w koncie. Spokojnie otworzyła księgę i czytała. Zatrzepotałam rzęsami. Sama też wróciłam do swojej lektury. Siedziałam tak parę minut co chwila zerkając na młodą. Zrozumiałam, że ona po prostu czyta. Więc przestałam na nią zwracać uwagę.
-Proszę pani?
Podskoczyłam. Dziewczynka stałą przed moim burkiem. Wykazałam się świeżym umysłem i od razu uśmiechnęłam się.
-Tak?
-Czemu mówią, że Nefilimy to złe olbrzymy?
Zamurowało mnie.
-Nie wiem.. Nie wiem jakie są...
Dziewczynka przewróciła oczami..
-Niech  pani tak nie mówi. Czuje, że pani ma moc.. A ja... - łzy stanęły jej w oczach.
Wstałam i podeszłam do niej.
-Co się stało? - kucnęłam.
-To nie Nefilimy są złe.. To Upadli są źli... Oni.. Zabili mi rodzinę...
Nie wierzyłam własnym uszom.  Przytuliłam ją.
-Ci... jesteś już bezpieczna...
-Dziękuje... A pani jest Nefilimem?
-Ja..
Usłyszałam otwierane drzwi. Do biblioteki  wszedł Saul. W rękach trzymał zupy. Spojrzał na nas. Tuliłam małą osóbkę. Odchrząknęłam.
-Kochanie.. W razie czego przyjdź tuta dobrze?
-Dobrze.. - powiedziała, a następnie szepnęła – Jestem  Zoe...
Ubrała ciuszki i wyszła skocznym krokiem. Saul był zdezorientowany.
-Czy to była mała dziewczynka? - wskazał palcem w stronę, którą odeszła Zoe. Zaśmiałam się.
-Nie..  to był Pierwszy Potwór Apokalipsy.. - prychnęłam.
Zachichotał i podał mi zupę.
-Pomidorowa!

* * *

Lucjan leżał w samych bokserkach na łóżku. To było trochę krępujące... Pokój był dla nas obojga. Miał sosnową podłogę, ściany i meble. Było tu podwójne łóżko w filetową pościelą, dwie szafki nocne z śliwkowymi lampkami i szafa. Stałam do niego tyłem. Ubierałam się w piżamę.
-Ale naprawdę... Nie ubieraj piżamy... Nie musisz..
Żachnęłam się.
-Nie przeginaj...
Ubrałam koszule nocną. Była zielona, do kolan.  Obróciłam się do Lucjana.
-Nadal uważam, że lepiej Ci bez niej.. No cóż... Tak też wyglądasz świetnie...
Położyłam się na łóżku. Wtuliłam się w jego tors. Jego klata zadrżała.
-Czasami zapominam, że nie jesteś taka krucha..
Westchnęłam.
-Jestem twarda.. Twardsza niż wyglądam..
-Wierze Ci Aniele... Czasami myślę.. Jakim cudem ja nie jestem Nefilem.. Może ty wiesz? W końcu miałem dzieciństwo i w ogóle..
Chrząknęłam.
-Sam wiesz, że twój ojciec.. Nienawidzi miłości... Uważa to za słabość, ale tylko dlatego, że sam kiedyś się zakochał.
Zrobił wielkie oczy.
-Tak była to anielica z niższego szczebla... Mimo to.. On był już Upadłym. Potem ona upadła za nim. Ale.. - urwałam.
-Mów... Proszę...
Wzięłam wdech
-Kiedy urodziła syna, Nefile ją zaatakowali... Dlatego twój ojciec... ich.. nienawidzi...
Przez cały ten czas Lucjan głaskał mnie po głowie.
-Skąd ty to wszystko wiesz Aniele?
Pocałowałam go w policzek.
-Pewne tajemnice lepiej by z nami zostały...
Odwróciłam się od zdezorientowanego Lucjana. Zamknęłam oczy.
-Dobranoc – szepnęłam.
Zaśmiał się.
-Jak chcesz Aniele... Dobranoc..
Zapadła cisza.
-Jednak Aniele, to znaczy coś ciekawego..
Spojrzałam na niego.
-Co?
-Jestem „ ...zrodzony a nie stworzony.”
Uśmiech zawitał na mojej twarzy.
-Jesteś Piekielnym Synem... Ale teraz chodźmy spać...
Po chwili oboje oddaliśmy się w objęcia Morfeusza.

* * *

Poczułam delikatny pocałunek. Uśmiechnęłam się.
-Aniele – szepnął – pora wstawać...
Okazało się, że pospaliśmy trochę za długo. Musiałam otworzyć bibliotekę za godzinę, a Lucjan musiał być tam, nawet nie wiem gdzie, za 20 minut. Pośpiesznie wyciągnęłam czarne leginsy i białą tunikę z nadrukiem szkica skrzydeł. Rozczesałam włosy i nawet nie zdążyłam ich spiąć bo już biegliśmy do auta. Jechaliśmy zdecydowanie nieprzepisowo. Lucjan wybiegł z auta jak błyskawica. Następnie i my wbiegliśmy do biblioteki. Jak to  zrobiłam wczoraj, wstawiłam nam herbatę. Usiadłam wygodnie za biurkiem. Saul zajął swoje stałe miejsce. Czas dziwnie się dłużył. Czułam, że nie powinno go tu być. Zawsze ufam moim przeczuciom. Musiałam się go pozbyć. Wstałam od stołu. Wzięłam łyka herbatki i przeszłam się wzdłuż półek. Przeciągnęłam się leniwie. Saul wciąż nie odrywał ode mnie wzroku.
-Czegoś ci potrzeba? - spytał.
Ziewnęłam.
-Szczerze? Mam ochotę na śniadanie...
Ożywił się. Wstał.
-No to zaraz wracam!
Zachowywał się bardzo.. dziwnie... Jakby chciał mnie oderwać od rzeczywistości. Prawie wybiegł z biblioteki. Miałam złe przeczucia. Zakryłam zasłonami wielkie okna. Chodziłam nerwowo. Bóg dawał mi znak, że coś się zaraz wydarzy. Jak to on, nigdy się nie milił. Usłyszałam, że ktoś biegnie w stronę biblioteki. W kieszeni od legginsów, palcami wyczułam pierścień. Położyłam go sobie na dłoni i ścisnęłam ją w pięść. Ktoś nacisnął na klamkę. Do pomieszczenia wbiegła zapłakana Zoe. Bez cienia niepewności pobiegła do mnie. Schowała się za mną.
-Idą tu...
-Kto?
Nie miała szansy mi odpowiedzieć. Drzwi odskoczyły. Do mojej biblioteki wbiegli Upadli. A na ich czele... Nie wierzę własnym oczom. Z mieczami stali Szatan z Lucjanem.  Rzuciłam im nienawistne spojrzenia. Lucjan wystąpił z szeregu, pokazując otwartą dłoń na znak pokoju.
-Daiano – zaczyna – odejdź od niej.
Dotykam ją dłonią.
-Nie – powiedziałam pewnie.
-To Nefilimka – syknął Samuel – trzeba ją unicestwić...
Mała pisnęła. Zasłoniłam ją sobą.
-Nie – powiedziałam z jeszcze większą mocą. Następnie zwróciłam się do Lucjana – Ty też polujesz na Nefilim?!
-Tak – powiedział jakby nigdy nic – a teraz oddaj nam  ją, proszę Cię.
Potrząsnęłam głową.
-Nie ma mowy...
Mój brat się zamachnął mieczem. Dotknęłam o puszkiem palca pierścień. Wydłużył się, a jego ostrze zajęło się ogniem. Wszyscy cofnęli się o krok. Mała Zoe zrobiła wielkie oczy.
-Tym mieczem wypędzono Adama i Ewę z Raju...
Uśmiechnęłam się.
-A raczej ja to zrobiłam...
Samuel się wkurzył.
-MASZ CZELNOŚĆ UŻYWAĆ TEJ BRONI PRZECIWKO MNIE?
Rozłożył skrzydła i zaszarżował. Nie pozostałam mu dłużna. W mojej części pokoju zabłysło światło. Po jego mrok. Ruszyliśmy na siebie. Odparowałam ciosy, ale mój Brat był nie ugięty. Stal o stal. Słychać było tylko głośne BRZDĘK BRZDĘK. W końcu i a przystąpiłam do ataku. Moje ciosy były szybkie, a ja uchylałam się jak kot przed jego. W końcu drasnęłam go w ramie. Syknął z bólu. 
-Ojcze! Daiano! - krzyknął Lucjan – przestańcie!
Spojrzeliśmy na niego, a on wpatrywał się we mnie. Złapał mnie za  ramie.
-Aniele...
Wyrwałam się z jego uścisku. Spiorunowałam go wzrokiem.
-Nie dotykaj mnie...
W tym momencie Szatan   ruszył w stronę Zoe. Nie mogłam na to pozwolić...

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział V Nowi

Obiecuje, że w następnym rozdziale WSZYSTKO się zmieni~Liw

Jadąc Chevroletem miałam dość tego dnia. Czekała mnie kolacja z całą zgrają Upadłych. Już to widzę. Nie byłam pewna czego się spodziewać. Tancerek na stole? Bitwy na jedzenie? Wojny z bronią? Z Upadłymi wszystko było możliwe... Uważałam, że sukienka od Sary była zdecydowania za krótka. Nie mogłam już zmienić zdania.  Pruliśmy z zawrotną prędkością. Podjechaliśmy pod wielką wille. Mogłabym ją porównać do pięknej budowli z Polski, którą wspomagaliśmy budować. Chyba to był pałac z Wilanowa.  No cóż, ale ten budynek był.. bardziej złoto-czarny... Na środku, przed wejściem stała złota fontanna. Była zrobiona z trzech pięter, a na samym szczycie woda wyciekała z... Ojcze drogi... Na górze stała rzeźba. Przedstawiała Samuela ucinającego głowę Bogu. Za nim stała armia aniołów. Zrobiło mi się nie dobrze. Woda wypływała z przerwy pomiędzy głową Ojca, a resztą ciała. Stałam jak wryta. Nie mogłam odwrócić wzroku. Dreszcze przechodziły moje ciało. Lucjan objął mnie w pasie i odciągnął od przerażającej scenerii. Zamknęłam oczy i wzięłam wdech.
 -Mam się spodziewać więcej takich rzeczy? - zapytałam słabym głosem.
 -Oj tak.. Jest ich więcej niż myślisz...
Ruszyliśmy w stronę wielkich mosiężnych drzwi.

* * *
Prowadziłem roztrzęsioną Daianę przez siedzibę mego ojca. Wiedziałem, że ona jest wstrząśnięta taką obrazą Boga. W tym domu każdy korytarz wyglądał tak samo. Ciemne drewno na podłodze i czarne ściany, przez które na samym środku przechodził złoty pasek. Słychać już było muzykę z sali balowej. Wszyscy tańczyli. Diablice w skąpych sukienkach, a diabły w garniturach. O dziwo mimo, że wiedziałem, że Daiana chciała by dłuższą sukienkę i tak miała najdłuższą. Wszyscy patrzyli na nas sceptycznym wzrokiem. Spojrzała na mnie z przerażeniem. Wszędzie się znajdowały obrazy lub płaskorzeźby z tematem obrażenia jej Ojca. Ona wyprostowała się dumnie, a twarz skamieniała. Zrobiłem to samo i ruszyliśmy przed siebie. Sala była niesamowicie wielka. Pod lewą ścianą stała wielka scena. Na niej grał zespół Upadłych. Nagle znikąd na scenie pojawił się Szatan. Wziął mikrofon.
 -Witajcie moi drodzy pobratymcy! Dziś świętujemy zaślubiny mojego syna!
Wszyscy zaczęli bić bravo.
 -A teraz on i jego wybranka rozpoczną taniec!
Anielica spojrzała na mnie ze strachem. Nie mogłem nic zrobić. Złapałem ją za rękę. Ruszyliśmy w stronę Środka parkietu. Wszyscy przed nami ustępowali. Gdy dotarliśmy do tego miejsca, złapałem ją w pasie. Zaczęliśmy tańczyć walca do muzyki. Daiana lekko stąpała po ziemi. Ledwie muskając podłogę. Zaczęliśmy się unosić. Anielica  zachichotała. Sam nie wiem kiedy rozłożyliśmy skrzydła i podlecieliśmy w górę. Zrozumiałem to, gdy Daiana już nie miała siły i powoli zaczęła się osuwać z moje ramiona. Wtedy opadliśmy na ziemie. Było widać, że jest wykończona. Zaprowadziłem ją pod ścianę.
 -Odpocznij chwilę – powiedziałem jej.
 -Skoro nalegasz... -odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
 -Niestety moi drodzy – usłyszałem głos Ojca – też chciałbym zatańczyć z synową...
Brak mi było słów. Jednak Daiana podeszła do swego brata.
 -Jeden taniec mi nie zaszkodzi.
Na twarzy Szatana pojawił się  uśmieszek. Po chwili zniknęli w tłumie. Najwyraźniej nie umiem zatrzymać kobiety...

* * *

Znów zostałam zaciągnięta przez Upadłego na środek sali. Nie był tak delikatny jak Lucjan. Mocno mnie trzymał i majtał mną bez żadnych pohamowań.  W jego rękach byłam bezwładną laleczką. Trzymał mnie bardzo blisko. Jego czarne jak noc oczy nie odrywały się ode mnie. To był chyba najgorszy taniec w moim życiu. Kiedy przycisnął mnie tak, że wargi miał przy moim uchu, serce mi waliło jak koliber w klatce. Przeciągał strunę.
 -Wiesz Daiano, że do twarzy ci w krótkich sukienkach?
Odchrząknęłam.
 -Ciekawe jakbyś wyglądała bez nich..
 -Samuelu.. Ostrzegam Cię...
 -Tak, tak będę grzeczny...
Zaśmiał się.
 -Nie uważasz jednak Serafino, że Lucjan jest za młody?
 -Sam zdecydowałeś, że...
 -Niby tak. Ale Szatan zmienny jest.
Spojrzałam na niego.
 -Do czego pijesz?
 -Do niczego.. Chcę Ci tylko uświadomić, że twój Lucjanek nie jest nie zastąpiony...
 -Czekaj... CO?
 -Oh.. Serafino... Jeszcze nie załapałaś? Nie jesteś pożądana przez jednego członka rodziny królewskiej.
Rozszerzyłam oczy. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, zostałam wyrwana z objęć Brata. Znów poczułam ciepło i delikatność Lucjana.
 -Więcej mi nie uciekaj Aniele.. Moja ciotka chciała ze mną zatańczyć...
Wymusiłam uśmiech na twarzy. Lucjan był w wielkim niebezpieczeństwie. Niczego nie świadomy wciągnął się w wir tańca. Mój umysł ciągle był przy tańcu z Samuelem. W końcu moje rozmyślanie przerwał brak muzyki.  Na scenie nikt nie grał. Zebrani jednak tam patrzyli. Więc i ja tam spojrzałam. Stał na niej mój Brat. Uśmiechał się od uch do uch.
 -Moi drodzy! - zaczął – O to ja i moi najbliżsi.. Za sponsorowaliśmy.. Młodej parze.. Miesiąc w domu na Ziemi!
Wszyscy bili brava. Gwizdali. Klaskali. Wyglądało na to, że Lucjan nic nie wiedział.
 -To nie wszystko! Tę noc spędzą u mnie! Tutaj! W specjalnym pokoju!
Po sali przeszedł szmer zaskoczenia. Specjalnym pokoju? Co to jest?  Najświętszy panie... Chyba nie to o czym myślę...
 -Zapraszam... - uśmiechał się złowieszczo. Wzrok utkwił we mnie – młodych do ich komnaty...
 -Znikajmy stąd, inaczej sami nas wyrzucą.. - szepnął mi do ucha Lucjan.
Pociągnął mnie w stronę korytarzy. Kiedy chcieliśmy w nie wejść, zmaterializował się przed nami Samuel.
 -Już was prowadzę.
Spojrzeliśmy z Lucjanem na siebie. Klapa. Nie udało się nam. Kątem oka zobaczyłam jak wszyscy goście kierują się do wyjścia. Wzięłam wdech. Co strasznego może być w jednym pomieszczeniu? Stanęliśmy przed złotymi drzwiami. Samuel pchnął je z całych sił. Musiały być niezwykle ciężkie. Uśmiechnął się łobuzersko. Wskazał ręką pokój.
 -Zapraszam gołąbeczki!
Nie pewne weszliśmy do pokoju. Lucjan zapalił światło. Stanęłam jak wryta. Pokój był... Na wszystkich świętych... Podłoga została zrobiona z sosnowego drewna. Ściany były czerwone. W centralnym punkcie stało okrągłe łózko wodne. Z różową pościelą i poduszkami w kształcie serc.
 -SAMUELU?! -wrzasnęłam.
Odwróciłam się napięcie. Było za późno...  Zobaczyłam tylko przebłysk uśmieszku Samuela. Byłam sfrustrowana. Wkurzona. Jak mógł mnie tu zamknąć? Z jego synem...
 -Daiano? -spytał nie pewnie Lucjan.
 -Nie ma prawa  nas tu trzymać... -powiedziałam pewnie.
 -Daiano...
Całą siłę jaką miałam władowałam w wyciągnięcie skrzydeł. Całą moc jaką posiadałam władowałam w te głupie drzwi. Nie drgnęły.  Krzyknęłam. Ostatki sił... A drzwi nic. Upadłam na kolana. Zaczęłam płakać. Nienawidziłam zamkniętych pomieszczeń. DO tego tu mogło być wszystko. A jeśli Samuel chce aby tylko jedno z nas stąd wyszło? Nie wiedziałam co zrobić. Płakałam z bezsilności. Lucjan usiadł za mną i przytulił mnie. Dokładnie tego potrzebowałam. Zapłakaną twarz oparłam na jego ramieniu. Wziął mnie  delikatnie na ręce. Odłożył na łoże. Zwinęłam się w kulkę. Usiadł obok mnie. Położył mi rękę na  ramieniu. 
 -Wyluzuj...
Wzięłam wdech. Nie mogłam mu powiedzieć. Nie uwierzył by. Samuel dobrze o tym widział. Lucjan przykrył mnie kołdrą. Poczułam jak on też wsuwa się pod kołdrę i przytula mnie do siebie.  Nie protestowałam Wtuliłam się w niego. Siedzieliśmy tak długo. Jak Samuel chciał zabić własnego syna? Dla chwilowej miłości? Dupek. Nawet nie wiem kiedy po prostu odpłynęłam.

* **
[17:47:03] Liwia Maćkow: obudziłam się w tej samej pozycji co zasnęłam. Wydostałam się spod uścisku ukochanego. Zaczęłam krążyć po pokoju. Lucjan się powoli budził.
 -Słonko.. - mruknął zaspany.. - Spokojnie...
 -Nie będę spokojna!
 -Aniele... I tak nic nie zdziałasz.. Uspokój się..
 -NIE MAM ZAMIARU!
Podniósł się.
 -Daiano weź wdech..
Zwróciłam się do niego.
 -ZROZUM! NIE BĘDĘ SPOKOJNA! TWÓJ OJCIEC MI POWIEDZIAŁ, ŻE MNIE KOCHA! GROZIŁ MI, ŻE CIĘ ZABIJE! - krzyczałam przez łzy – POWIEDZ MI JAK MAM BYC SPOKOJNA?!
Patrzył na mnie z przerażeniem. Co ja zrobiłam...
 -Co? -spytał w końcu – Czemu mi nic nie powiedziałaś?
Bez słowa usiadłam w kącie i zaczęłam gorzko płakać. Wstał. Ruszył w moją stronę. Byłam pewna, że mnie okrzyczy. Mógł być przecież zabity. A on... Po prostu usiadł i mnie przytulił. 
 -Jak możesz to tak spokojnie przyjąć? Nie jesteś zły na mnie czy nawet ojca?
Uśmiechnął się.
 -Nie... Bałaś się o mnie. Chciałaś mnie od tej wiadomości chronić. A mój ojciec? Nie winię go.. Przecież też się w tobie zakochałem nie?
Zaśmiałam się.
 -Mam na ciebie dobry wpływ...
 -Oczywiście Aniele...
Pocałował mnie namiętnie. Złapał mnie za podbródek. Serce mi zaczęło walić. Przycisnęłam się bliżej niego.

* * *
Mój Pan obrócił się na krześle. Długo wpatrywał się w monitor. Siedział tak od wielu godzin.
 -Panie? - zapytałem nie pewnie.
 -Miałem rację – powiedział wściekły – mój syn okazał słabość. Zakochał się.
 -I co teraz?
Uśmiechnął się.
 -Niech dadzą mi powód, aby to zakończyć...
 -A co teraz z nimi?
 -Wyślij ich na Ziemię.
Ukłoniłem się.
 -Jak sobie życzysz Panie...
Odwróciłem się w stronę wyjścia.
 -Eh.. Saulu?
 -Tak..? Panie..?
 -Zadbaj o naszych zakochanych tam na górze.
 -Oczywiście królu..
Skinąłem głową raz jeszcze i wyszedłem.

* * *

Moja Daiana.. strasznie się martwiła. Czułem, że mnie kocha. Tylko to się dla mnie liczyło. Siedzieliśmy na łóżku. Otuliłem ją ramieniem. Do pokoju wszedł Saul. Skłonił się nam. Daiana podniosła głowę.
 -SAUL! -krzyknęła z euforią.
Uśmiechnął się od niej.
 -Cześć złociutka! - spojrzał na mnie – Witam książę... Mam rozkaz was stąd wziąć na Ziemie.
Odetchnąłem.
 -Oczywiście...
Zeskoczyłem z łoża, a potem pomogłem Daianie. Podeszliśmy do drzwi. Saul ruszył pierwszy. Nie zostawaliśmy w tyle. Zaprowadził nas do taksówki. Oczywiście musiała być żółta. Chyba to już weszło w krew Upadłych. Wpakowano już tam nasze rzeczy, więc zostało nam tylko wygodnie usiąść na tylnym siedzeniu. Saul usiadł obok kierowcy. Samochód ruszył.

* * *

Krótko jechaliśmy. Nawet się nie zrobiłam senna. Dojechaliśmy do jakiegoś miejsca na wsi. Była tu tylko pusta placówka. Saul pierwszy wysiadł. Kierowca pomógł mu wypakowywać rzeczy.
 -Lucjan.. - szepnęłam.
 -Tak Aniele?
 -Gdzie jest jakikolwiek dom?
Zaśmiał się. Nie rozumiałam. Wysiedliśmy z pojazdu. Wszystkie nasze rzeczy leżały już na asfaltowej drodze. Saul stał nad kawałkiem ziemi z czarną fiolką. Taksówka odjechała. Mój kolega otworzył fiolkę i zawartość wylał na ziemie. Tuż przed nami wyrósł dom. Mała drewniana chatka. Była prześliczna.
 -Och.. - zabrakło mi słów.
Podeszłam bliżej. Chciałam uchylić drzwi, ale poczułam jak coś mnie podrzuciło. Krzyknęłam z przerażenia. Znalazłam się w ramionach Lucjana.
 -Co ty robisz?
Zachichotał.
 -Nie znasz tej tradycji? Pan młody musi przenieść swą ukochaną przez próg domu!
Zaśmiałam się.
 -Nie jestem twoją żoną!
 -Jeszcze...
Pocałował mnie z uśmiechem na ustach. Przeniósł mnie ostrożnie przez próg domu. Następnie delikatnie postawił mnie na ziemi.
 -Ubierzcie się w coś normalnego. Król ma dla Ciebie niespodziankę Daiano – powiedział Saul – dla ciebie też książę.
Wzięłam jedną z moich walizek. Zauważyłam, że to te same, które pakowałam z Sarą. Mój ochroniarz zaprowadził mnie do łazienki. Ubrałam jasne spodnie i  beżowy sweter z długimi rękawami. Do tego wyciągnęłam czarny płaszcz. Było tu dość zimno. Jakiś jeden stopień maks. Związałam włosy w kuca. Oczywiście mój niesforny kosmyk musiał się wydostać. Wyszłam z łazienki. Stał pod nią Lucjan. Miał na sobie zwykłe jinsy i biały T-shirt. NA to założył skórzaną kurtkę. Czy wszyscy Upadli się tak ubierają? Uśmiechnął się na mój widok.
 -Mam coś dla ciebie. Gdy Saul wyjawił mi tą niespodziankę... Zrobiłem je dla ciebie.
Na dłoni miał okulary. Miały kształt kocich oczu. Nie byłam pewna  czy  miały kolor granatowy czy czarny.  Założyłam je od razu. Oczywiście były to zerówki. Uśmiechnął się.
 -Wyglądasz w nich ślicznie.
Spojrzałam na niego lekceważąco.
 -Według ciebie zawsze wyglądam ślicznie...
Zaśmiał się.
 -Punkt dla Ciebie, Aniele!
Wziął mnie za rękę i wyprowadził do wyjścia.

* * *

Mieliśmy jakieś 15 minut drogi do miasta. Lucjan wysiadł pierwszy. Tuż pod wielkim drapaczem chmur. Pocałował mnie na pożegnanie. Jechaliśmy na obrzeża miasta. Dojechaliśmy na jakieś slamsy. No może przesadziłam. Byliśmy w uliczce za uniwersytetem. Czyli były tu same knajpki i kawiarenki. Nagle samochód się zatrzymał. Saul się uśmiechnął.
 -To tu.
Wysiadłam z pojazdu. Mój przyjaciel zaprowadził mnie pod.. Zamkniętą bibliotekę. Z kieszeni wyjął stary klucz. Otworzył nimi drzwi. Przeszłam przez próg. Pachniało książkami. Podłoga, półki, biurko, stoły i krzesła zrobiono ze starego drewna sosnowego. Od wejścia po lewej stało miejsce mojej pracy. Stała na nim srebrna lampka, stare radyjko i kubek. Z tyłu była szafeczka, a na niej czajnik, cukier i torebeczki z herbatką. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Tyle książek. Przebiegłam się między półkami. Wypełniłam bibliotekę moim śmiechem. Było tu fantastycznie. Saul zawtórował mi śmiechem.
 -Nie wiedziałem, że tak łatwo cię uszczęśliwić złotko..
 -A jednak!
Przeszedł wzdłuż stołów.
 -Pora otwierać... Nie sądzisz? Będzie fajnie!
Włączyłam radyjko. Grało stare piosenki.. Moje ulubione...   Przeglądnęłam półki, aby wiedzieć gdzie co jest. Dobrze, że Anioły łatwo wszystko pamiętają. Inaczej.. cóż miałabym nie mały problem. Okazało się, że obok szafki z czajnikiem znajdują się drzwi do małej łazienki. Nalałam wodę do czajnika i zrobiłam nam herbatę. Otworzyłam drzwi na oścież i czekałam. Wzięłam sobie starą poniszczoną książkę i zaczęłam czytać. Saul pokręcił się powiercił, ale w końcu usiadł przy jednym ze stolików. Nawet nie wiem co robił. Nie wziął książki, ani nic... Koło 15:00 zaczęli się schodzić studenci. Brali książki od chemii, biologii i wielu innych przedmiotów. Minęło parę godzin i zaczęli się rozchodzić. Długo jeszcze śmiałam się i gadałam z moim kolegą, gdy już nikogo nie było. W końcu Saul wstał.
 -Idę po coś do jedzenia do knajpki obok. W razie czego krzycz – uśmiechnął się.
Odwzajemniłam uśmiech.
 -Oczywiście po Nefilimowie czają się za rogiem, aby znów mnie porwać...
Mrugnął do mnie.
 -Nigdy nic nie wiadomo...
Wyszedł z biblioteki. Otworzyłam sobie wielką księgę,a by wypełnić wszystkie wpisy. Nagle drzwi się otworzyły.
 -Saulu zapomniałeś portfela?
Brak odpowiedzi. Podniosłam wzrok. To nie był Saul.

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział IV Nefilimowie


Wróciłem do miejsca, gdzie zostawiłem moją kochaną. Nie znalazłem jej tam. Moją pierwszą myślą była: "uciekła". Po chwili jednak stwierdziłem, że to nie możliwe. W miejscu gdzie stała śmierdziało Nefilimem. Nefilimowie to pół-ludzie, pół-aniołowie. Zostało ich nie wielu bo Upadli zaczęli ich wybijać po tym jak próbowali nas zaatakować, gdy mieszkaliśmy na ziemi. Nie posiadają skrzydeł ani mocy. Natomiast mogą niesamowicie szybo biegać i mają dużą siłę. Oczywiście żyją dłużej od śmiertelników i bardzo łatwo przychodzą im nauki walk. Jeśli ci potomkowie Upadłych, zrobią coś mojej anielicy... Poznają wtedy gniew Upadłego. Ruszyłem za smrodem rasy, która nie powinna istnieć. Przedzierając się przez tłum, zobaczyłem coś co doprowadziło mnie do skrajnej wściekłości. Na ziemi leżały pióra a na kancie od sceny wisiał skrawek sukienki Daiany.

***

-Eh.. -jęknęłam
Siedziałam na twardym krześle. Kostki miałam związane do nóg krzesła, a ręce przywiązano mi do siebie przy oparciu. Siedziałam w ciemnym pokoju. Zwisała nade mną stara lampa. Normalnie jak w tych horrorach śmiertelników. Na przeciwko mnie było krzesło. Nikt tam nie siedział. Usłyszałam ciche kroki. Opuściłam wzrok. Patrzyłam spod włosów jak ktoś siada. Zdecydowanie na przeciwko mnie siedział mężczyzna. Dobrze zbudowany.
-A więc - miał niski baryton - Upadła tak?
Nic nie powiedziałam. Splunął na bok.
-Nie chcesz mówić? No tak... Wy nigdy nie współpracujecie...
Chciał wstać.
-Nie jestem Upadłą.
Zatrzymał się w miejscu.
-Jak to?
-Jestem Serafiną.
-Nie możliwe... Byłaś z Upadłym.. A wszystkie są w Niebie.. oprócz...
-Mnie.
-Nie.. Upadli by Cię nie wypuścili... Nie możesz być trójką!
-A jednak! Zapewniam Cię, że musisz mnie wypuścić! Inaczej...
Do pokoju weszła młoda śmiertelniczka. Mogła mieć z 23 lata. Włosy sięgały jej do pasa. Ubrana w ciemne jinsy i biały T-shirt na ramiączkach, szła w naszą stronę. Facet
zasłonił dłonią twarz.
-Inaczej co?
-Inaczej Lucjan tu przybędzie i was pozabija!
-CZY TY NAM GROZISZ, UPADŁA?!
-Ja wam nie grożę! Próbuje was uratować! I NIE jestem upadłą!
-Skoro tak to rozłóż skrzydła!
-Nie wiem czy to...
-Rozłóż skrzydła.
Westchnęłam.
-Jak chcesz Nefilimko!
Powoli rozłożyłam moje skrzydła. Bił z nich blask, który oświetlił pokój. Zanim zorientowałam po co to robią było już za późno. Węzły puściły a ja wstałam. Jednak Nefilimowie, którzy stali za mną złapali mnie i położyli na ziemi. Dwaj z nich, złapali mnie za skrzydła. Krzyknęłam. Zaczęli ciągnąć za moje skrzydła. Poczułam jak ścięgna,które łączą je i plecy puszczają.
-Po co to robicie?! - krzyknęłam z bólem
-Jak to dlaczego? Myślisz, że nie znamy Upadłego z którym byłaś? Twój ból będzie dla niego najgorszym bólem na świecie...
Czułam jak krew spływa mi po plecach. Utrata skrzydeł dla anioła oznaczała ból fizyczny i psychiczny przez następne 10 000 lat, aż odrosną. Nie mogłam się bronić. Nie potrafiłam skrzywdzić ludzi.. nawet pół-ludzi... Taka jest rola aniołów. Nie krzywdzenie, tylko ratowanie. Jedyne co mogłam zrobić...
-Ojcze... Oni zgrzeszyli, mogą za to zapłacić życiem... Ochroń ich i odpuść im grzechy.. - szeptałam.
-Co ty tam mamroczesz? - zapytała Nefilimka.
Zaczęła się śmiać. Jak ludzie... przepraszam pół-ludzie mogą być tak okrutni? Nagle budynek się zatrząsł.
Lampa zabujała się i trochę tynku spadło na ziemie. Wszyscy prócz tych, którzy mnie trzymali, odsunęli się o krok. Czułam, że moje skrzydła nie wytrzymają ani chwili dłużej. I wtedy... W suficie zrobiła się wielka dziura. Tuż obok mnie wylądował Lucjan. Jednym szybkim ruchem odepchnął oprawców. Złapał mnie w pasie i podniósł. Schowałam skrzydła. Lucjan posadził mnie na krześle. Ruszył w stronę reszty. Jednym zgięciem nadgarstka złamał kark mężczyźnie, który mnie przytrzymywał.
-Lucjanie! - krzyknęłam.
Nie zwrócił na mnie uwagi, Chwycił następnego i z nadprzyrodzoną siłą kopnął tego, który wyrywał mi prawe skrzydło.
-Lucjanie! Przestań! - wrzasnęłam.
W końcu spojrzał na mnie. W jego oczach paliła się wściekłość. Podszedł o mnie. Złapał mnie za rękę.
-Oni chcieli cię skrzywdzić... Z resztą - Przyłożył do moich pleców dłoń. Odsunął ją i pokazał, była cała we krwi.
-Udało im się
-To nie powód by zabijać...
Wstał spojrzał na mężczyznę, który ze mną rozmawiał i kobietę z czarnymi włosami.
-Przeżyjecie tę noc tylko dzięki niej, ale przysięgam, przysięgam na Boga, że wrócę tu i zapłacicie za to co jej zrobiliście, głupi mieszańcy...
Patrzyli na niego z przerażeniem. Wziął mnie na ręce i rozpostarł skrzydła. Obchodził się ze mną jak z jajkiem. Wtuliłam się niego by nie myśleć o bólu. Otworzył portal i przeszedł przez niego. Byłam pewna, że zabiera mnie do Podziemia. Myliłam się. Znajdowaliśmy się w lesie. Rosły tu dorodne sosny i rozłożyste dęby. Światło słoneczne ledwie przebijało się przez ich korony. Na przeciwko nas widać było małe jeziorko. Było niczym lustro. Po co Lucjan mnie tu wziął? Spojrzałam na niego .
-Wiesz co to jest? - spytał.
Zaprzeczyłam.
-Kiedy Samuel sprzeciwił się Bogu, dobrzy aniołowie próbowali go nawrócić. Jednak...
-Nie udało im się i Samuel upadł. Wiem Lucjanie, sama stanowię część tej historii, ale co to ma do tego jeziorka?
-Kiedy upadł, aniołowie płakali, z ich łez powstały różne jeziorka i oczka wodne. Wśród Upadłych jest rozpowszechniania się wiedzę, że może uleczyć Anioła, jednak - zaczął wkładać mnie do wody. Gdy jego dłonie dotknęły wody, zaczęły syczeć. - pali Upadłych.
-Nie... Lucjanie puść mnie!
-Jeśli cię puszczę utoniesz!
-Co z tego?! Puść mnie! Nie wybaczę sobie jeśli...
Jednak on trzymał mnie mocno. Zrobił krok, zamiast zanurzyć kostki, stał o pas w wodzie. Patrzył hardo na mnie. Woda wpływała w moje rany. Leczenie bolało strasznie. Skrzywiłam twarz w grymasie bólu. Próbowałam się wydostać z jego uścisku, ale woda unieruchamiała moje mięśnie. Zrozumiałam czemu Lucjan wszedł ze mną. Zrobił to, ponieważ woda paraliżuje a dopiero potem leczy. Jednak to on może nie wyjść cało z tego oczka wodnego.

***

Nie było widać po Daianie, że to ją leczy. Wręcz przeciwnie. Ona wiła się z bólu. Chciałem się wycofać, ale oczko wodne nie chciało nas wypuścić. Spojrzałem na pani mojego serca.
-Chyba taki był nasz los...
Przestała się wić. Patrzyła w moje oczy. Zrobiła coś co musiało kosztować ją wiele bólu. Poniosła się i pocałowała mnie w usta. A potem zesztywniała w moich rękach. Skoro ona nie dała rady... Ja bez niej też nie dam... Zamknąłem oczy i.. odpłynąłem.

***

Otworzyłem oczy. Leżałem na szpitalnym łóżku. Czułem czyjś dotyk dłoni na swojej. Zerknąłem w tamtą stronę. Daiana, wciąż nie przytomna, końcówkami palców trzymała się mnie. Podniosłem się. Jakim cudem oboje żyjemy? Pomasowałem się po tyle głowy. Sala była mi nieznana. Jedno wiedziałem. byliśmy w Piekle. Ściany zrobione z szarego betonu, białe kafle, mnóstwo łóżek, dziwne urządzenia...Byliśmy w szpitalu dla upadłych. W nogach mojego łóżka siedział mój ojciec.
-Co się stało?
-Wziąłem ją na powierzchnie, aby zebrała siły. Zaatakowali ją Nefilimowie. Nie powinienem zostawiać jej samej. Próbowali jej wyrwać skrzydła, aby się na mnie zemścić.
-Czujesz coś do niej?
-Nie -skłamałem.
-To dobrze. Pamiętaj! Miłość jest słabością. Jeśli ją pokochasz musiałbym znaleźć zastępce... I do tego splamiłbyś honor rodziny! Wybrałeś ją bo wyglądała na niezłomną?
-Tak było Ojcze...
Uśmiechnął się.
-Mam nadzieję...
Wyszedł sprężystym krokiem. Westchnąłem. To nie była prawda. Wybrałem ją bo coś poczułem. Teraz będę musiał być oziębły dla niej, by nie wzbudzać podejrzeń u Ojca. On by wybrał ją, tylko z własnej pychy. Usłyszałem, że ktoś wciąga łapczywie powietrze. Spojrzałem na nią. Podniosła się. Jej wzrok padł na nasze splecione ręce. Patrzyła wyżej i wyżej, aż spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się.
-Ty żyjesz!
-Owszem.
Wstałem na nogi. Pocałowałem ją w czubek głowy. Skierowałem się w stronę drzwi. Zostawiłem ją samą. Nie wiedziała czemu to robię. Nie mogłem jej tego wytłumaczyć. Nie mogłem jej powiedzieć, jak bardzo mnie boli, gdy muszę ją odtrącać. Po prostu, musiałem ją chronić.

***

Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości rozumowania Lucjana. Raz pokazywał jak bardzo mnie kocha, innym, że nie chce mnie. Czułam się zagubiona. Jak można kogoś kochać i go jednocześnie odtrącać? Chyba nigdy nie będzie mi dane zrozumieć Upadłych. z moich zamyśleń wyrwało mnie chrząknięcie kogoś nowego. Obok mojego łóżka stał Upadły. Nigdy go nie widziałam. Miał włosy do ramion, koloru ciemnego blondu. Patrzył na mnie swoimi czarnymi jak noc oczami. Był chudy i mizerny. Ubrania, które miał na sobie wisiały na nim. Miał lekki zarost. Wyglądał na młodego. Do paska miał przywiązany miecz w pochwie. Z pleców wystawał mu średniej wielkości skrzydła. Ubrany w czarny T-shirt i białe spodnie, trzymał rękę na biodrze.
-Cześć? - zagadnęłam
-No hej, złociutka!
-Złociutka?
Nie zwrócił uwagi na mój komentarz.
-Jestem Saul i mam 1500 lat.
-Strasznie młody jesteś.. Kiedy upadłeś?
-Jakieś 500 lat temu...
Jedną trzecią życia być Upadłym? W tak młodym wieku? Aż przerażające...
-Och, współczuje. Nie wyobrażam sobie, jak to jest trudno być Upadłym w młodym wieku. Pewnie Samuel Cię nie traktuje najlepiej..
-Ta... Ale byłem przygotowany na potępienie z jego strony. Wiesz to on rozpoczął rasę Nefilim... A ja.. no.. inaczej upadłem niż inny. Upadłem z miłości..
Uśmiechnęłam się.
-Nie którzy też upadli z miłości. Co w ty złego widzi Samuel?
-Pierwszy minus zarobiłem od niego, że się zakochałem. Według niego kobiety nie są do miłości tylko... no wiesz... r o z m n a ż a n i a... Drugi minus zarobiłem, że to nie była kobieta...
-Jak to? - zdziwiłam się.
-W ludzkim świecie nazwali by mnie homoseksualistą, w skrócie gej. Czyli dla ciebie tłumaczenie.. kocham się w mężczyznach...
-O... to.. coś nie codziennego..
-Ta... słyszałem ten tekst od innych aniołów.
Prychnęłam.
-Jeśli chcesz mnie zaliczać do "innych aniołów" to jeszcze mnie nie poznałeś....
-Wiem, ale poznam!
-Poznasz?
-Przydzielili mnie do twojej ochrony, więc.. - mrugnął do mnie - żadnych numerów!
Z Saulem rozmawiało mi się przyjemniej niż z jakimkolwiek Upadłym. Wcale mnie nie zmuszał do ujawnień anielskich tajemnic. Rozmawialiśmy o tak przyziemnych sprawach, że aż chciało mi się śmiać. Nasze rozmowy dotyczyły tematów takich jak, który z Upadłych jest najprzystojniejszy (Saul ciągle mówił "oprócz Lucjana!" ), lub jeszcze o strojach Upadłych anielic. Przyznał mi racje, że ich stroje są za skąpe. Znalazłam z nim wspólny język. Wiele jego żarów bawiło mnie do łez. Pomyślałam, że ten, którego on sobie upatrzył był szczęściarzem. Saul jest przemiły. Moglibyśmy gadać tak do końca świata, ale do sali wszedł Szatan. Ubrał się w skórzaną czarną kurtkę z ćwiekami i zwykły T-shirt, do tego założył ciemne spodnie oraz glany. Jego kręcone włosy i broda unosiły się z każdym krokiem. Saul wyprostował się i wstał. Gdy mój brat podszedł bliżej niego, ukłonił się.
-Zmykaj laleczko - rzucił do niego - nie jesteś na razie potrzebny.
Saul zgięty w pół wycofał się. Rzuciłam wściekłe spojrzenie Samuelowi.
-Co ty sobie wyobrażasz tak go traktując?!
-Zasłużył na to! Nie wiem czy ci powiedział, że jest.. - splunął na bok - innej orientacji.
-Powiedział! Mi to nie przeszkadza!
-No o ty potrzebujesz koleżaneczki - uśmiechnął się drwiąco.
Zwróciłam się do goryla, który stał za moim bratem.
-Byłbyś tak miły i walnął go tak jak byś miał walnąć najgorszego wroga?
Mężczyzna spoważniał i odwrócił wzrok.
-Bardzo zabawne siostrzyczko...
-Wiem - uśmiechnęłam się do niego - żarty wysłane w twoją osobę nigdy mi nie odejdą! Nawet po tysiącleciu w gotującym się kotle..
-Warto było by się przekonać – mruknął.
-Och Sami... Naprawdę chcesz marnować swój czas?
-No! Widzę, że zdrowie ci dopisuje! Pewnie nie musisz już tu leżeć! Będę zaszczycony mogąc Cię odprowadzić do krawcowej!
-Krawcowej?
-No wiesz tej, która szyje ubrania!
-Samuelu wiem kto to krawcowa... Chodzi mi po co?
-Och.. Lucjan chyba nie zdążył przekazać Ci, że zbliża się parada na waszą cześć! No wiesz.. musimy ogłosić wasze zaręczyny!
-Jakie znowu zaręczyny?!
Zobaczyłam, że coś zaświeciło mi się na palcu.
-Co? Kiedy?
Szatan uśmiechnął się.
-Wiesz... musieliśmy jakoś wytłumaczyć Upadłym, po co mój syn zabiera cię na Ziemie...
No cóż. Chyba ta decyzja nie należała do mnie. Wstałam z łóżka. Zachwiałam się i nie złapałam równowagi. Poleciałam do tyłu, ale Sami mnie złapał. Złapał mnie w pasie. To było trochę krępujące. Odchrząknęłam.
-Dziękuje..
-Nie ma za co Daiano, pomóc Ci iść?
Zachowywał się spokojnie i opiekuńczo. Aż ciarki mi przeszły. Od kiedy on taki jest?
-Em.. Dziękuje...
Wziął mnie delikatnie pod łokieć. Delikatnie stąpając doszliśmy do wyjścia. Przed szpitalem było małe rondo, a na jego środku znajdowała się wielka, złota fontanna. Tuż pod drzwiami stał czarny Chevrolet Camaro - kabriolet. "Goryl" otworzył nam drzwi. Samuel pomógł mi usiąść. Kanapy w środku były białe i miękkie. Mój brat usiadł obok mnie, a Upadły usiadł za kierownicą. Kierowca cisnął gaz do dechy. Wiatr unosił moje włosy. Jechaliśmy chyba z największą możliwą prędkością. Żołądek podchodził mi do gardła. Nienawidziłam zbyt dużych prędkości jeśli sama nad nimi nie panowałam. Stanęliśmy pod małym sklepikiem. Znajdował się on w małym fioletowym budyneczku. Posiadał on swój własny urok. Drzwi były z podrapanego białego drewna. Nad nimi wisiał dzwoneczek. Na wystawie dostrzegłam różne kreacje. Moją uwagę przykuł manekin na którym wisiał biały sweter w wełny i czarne jinsy. Do tego na  nogach miał fioletowe trampki. Ale.. Jak to? Że w Piekle takie... grzeczne stroje? Aż zamrugałam parę razy. Zdziwiona spojrzałam na Samuela. Uśmiechnął się.
-Lucjan stwierdził, że ten sklep jest.. W twoim stylu..
-Miał racje...
Mój brat wysiadł pierwszy i ponownie trzymał dla mnie drzwi. Następnie podał mi łokieć i ruszyliśmy do sklepu. W środku zadziwił mnie jeszcze bardziej.  Ściany były tu śnieżno-białe, a podłoga powstała z jasnych desek. Wszędzie były stoły, a na nich ubrania, materiały i przyrządy do szycia.
-Saro? - spytał Upadły.
Z za zaplecza wyszła młoda kobieta. Wyglądała na góra trzydziestkę. Miała blond włosy i czarne oczy.  Na zielonej sukience miała mnóstwo nici i materiałów, które się do niej przyczepiły. Fryzurę miała w prowizorycznym kitku, ale mnóstwo kosmyków wydostało się na wierzch. Spojrzała na nas z przerażeniem.
-Jaśnie panie! Ja właśnie....
-Zostawiam pod twoją opieką anielice. Ufam ci..
-O jej dziękuje! Zajmę się nią!
-Mam nadzieję...
I zostawił mnie sam na sam ze zmarłą grzesznicą.
-No to ty jesteś tą Serafiną, którą upodobał sobie książę Lucyfer heh? To musi być niezłe przeżycie... Naprawdę wolałaś siedzieć tu niż walczyć z Upadłymi?
-Tak.. Zdecydowanie... Myśląc o tym, że ktoś z mojego rodzeństwa ma zginąć...
-Rozumiem... Nie trafiłam tu bo byłam mega grzesznicą tylko bo zawarłam pakt z królem. Wiesz.. u mojej siostry wykryto raka... Zawarłam umowę z Samuelem, ze ja wyleczy, a wtedy będzie mógł wziąć mnie do Piekła.. Nie przewidziała, ze ten drań następnego dnia sprawi, ze przejedzie ją samochód...
-Ja cię kręcę... Fatalnie..
-No.. Ale dobra! Już dość o nas! Musimy przymierzyć parę sukni!
-Parę? -jęknęłam.
-No z pięć...
-O nie...
-O tak! Rozbieraj się!
Wybiegła z pokoju. Ściągnęłam sukienkę od Lucjana i stałam w samej bieliźnie. Sara wróciła z sukienkami. Podała mi pierwszą.
-Proponuję tę.. Na paradę!
Wzięłam ją od niej i pośpiesznie ubrałam. Miała na górze normalny gorset, dół był na kole i został zrobiony z białej tkaniny. Do tkaniny przyklejono mnóstwo piór, tak gęsto, że nie widać było tego materiału, no chyba, że od spodu. Obejrzałam się w lustrze.
-Wow... Naprawdę.. jest..
-piękna..? Wiem.. Udała mi się! Jestem z niej bardzo zadowolona... Przejdź się kawałek!
Niepewnie stawiłam pierwsze kroki. Suknia była strasznie ciężka. Jednak dałam radę utrzymać równowagę. Czasami serio podziwiałam te ludzkie damy. Nosiły jeszcze większe i jeszcze cięższe suknie, a mimo to... nawet się nie chwiały.  Byłam już zmęczona i spocona. Nie przystoiło to Serafinie. Nagle  zobaczyłam diabelski uśmiech na twarzy dziewczyny. Spojrzałam za nią. Już nigdy więcej nie pójdę na zakupy do piekła. Za Sarą leżała dwumetrowa sterta ubrań. To był początek piekła.

* * *
Siedziałam skulona. Ramiona owinęłam wokół nóg. Ona go kochała. Upadnie. Wiem to. Najgorsze w tym wszystkim jest to... Że wszyscy zaczęli nienawidzić Daiane... Tylko nieświadoma wszystkiego Klara... Ona wciąż ją kocha. Nadal w duchu nie mogę uwierzyć w to co zobaczyłam. Oni się kochali. Nawet przypominali mi tych z historii Szekspira.. Straszne było to.. że czułam złość. Poniekąd na nią, że uległa.. Poniekąd z zazdrości. W jej oczach było widać takie.. oddanie. O nie... To ZAWSZE się kończy tak samo.. To ja powinnam walczyć.. Nie ona.. ACH! Byłam tak głupia! Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i podskoczyłam ze strachu. Odwróciłam się. Za mną stała Klara. Miała zapłakaną twarz.
-Czemu mi nie powiedziałaś? - spytała cienkim głosem.
-O czym?
Westchnęła.
-Ivy! Dobrze wiesz!
Zaczęła gorzko płakać i wtuliła się we mnie. Nie było słów, które mogły ją pocieszyć. Wtulone spędziłyśmy tak dużo czasu.  W końcu zapłakana Klara szepnęła.
-Co się z nią teraz dzieje?
Zerknęłam w życie mojej siostry. Wybuchnęłam śmiechem.
-Co jest?
-Właśnie biega po jakiejś garderobie, a za nią kobieta z tysiącami ubrań!
Obie zaczęłyśmy się śmiać. Daiana nie znosiła ubrań. A jak ma je przymierzać to... Biada nieszczęśnikowi, który musi ją dopilnować.  Jednak moja maleńka siostrzyczka się zawahała.
-A... jej skrzydła? -spytała ni to z nadzieją, ni to ze strachem.
-Nie widzę ich... Schowała je.
-Rozumiem
Czekał nas długi czas niepokoju. Daiana widziała o tym kiedy odchodziła. Wolała cierpieć tam, niż martwić się tu.. to było poniekąd samolubne. Zazdrościłam jej podwójnie. Muszę się pozbyć tego uczucia...

* * *

NIGDY WIĘCEJ NIE IDĘ DO SARY! To zło wcielone. Kazała mi ubierać sweterki, spodnie, sukienki, spódniczki, katany, kurtki... OCH!  Wolałam już jak wyrywali mi skrzydła... Nie trochę przesadziłam. Ubierałam setną sukienkę w przymierzalni, gdy zobaczyłam jak granatowa kurtyna się uchyla.
-Aniele... nie wiem po co Ci w ogóle ubrania...
Krzyknęłam przerażona i zasłoniłam się sukienką. Niby miałam na sobie bieliznę i on widział mnie nagą.. Jednak ostatnio albo mnie odtrącał ,albo okazywał wielką miłość. Musiałam go za to trochę ukarać i pobyć oschła. Spiorunowałam go wzrokiem.
-Wyjdź. NATYCHMIAST!
Zrobił zniesmaczoną minę, ale zasłonił mnie z powrotem. Ubrałam białą sukienkę. Była z aksamitnego materiału. Od pasa u dół marszczona. Do tego dostałam piękne baleriny z różą na czubkach. Do tego  Sara wepchnęła mi spinkę z tym samym kwiatem co na butach. Wyszłam z przymierzalni. Usłyszałam gwizdnięcie. Spojrzałam na niego lekceważąco.
-Lucjan.. To ci nie przystoi...
Wzruszył ramionami.
-Niby masz rację...
Zaczął się śmiać. Przewróciłam oczami. Następnie spojrzałam na Sarę błagalnym wzrokiem.
-Dużo tego zostało?
Zachichotała.
-Nie... Jedziesz w tym. Wszystko spakowałam już do auta.
Zrobiłam wielkie oczy.
-Ale po co mi te wszystkie ubrania?
-Aniele... Nie myślałaś, że królowa Piekła będzie chodziła w jednym stroju do końca życia?
Westchnęłam. Już przyzwyczaiłam się do tej myśli. TO mnie przeraża.

sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział III Kąpiel


Wciągnęłam łapczywie powietrze. Głowa mnie bolała. Gdzie ja byłam? Do głowy wlały mi się obrazy wspomnień. Teraz byłam w innym pokoju. Wyglądał jak jaskinia, ale był piękny. Perłowe ściany z nie równej skały dawały mi poczucie wolności. Brzozowe drewno pod stopami było idealnie gładkie, tak jak i meble. Na przeciwko mnie były dwie pary wielkich drzwi. Po bokach łózka stały dwa stoliki nocne, a na nich ktoś postawił wazony z czerwonymi różami. Przetarłam oczy. Usłyszałam ciche kroki. Słyszałam je kiedyś. Do pokoju weszła moja przyjaciółka Eleonora. Uśmiechnęłam się na jej widok. Odwzajemniła uśmiech i podała mi ręcznik. Swoim kościstym palcem wskazała drzwi obok. Z zamka zwisał kluczyk.
-Pora na kąpiel panienko!
Posłusznie wstałam i wyszłam za drzwi. Zamknęłam za sobą drzwi na kluczyk.  Odwróciłam się. To nie byle jaka łazienka. To była jaskinia ze źródłem wody. Jaskinia została zbudowana z czarnych kamieni. Brakowało oświetlenia, ale z jeziorka wydobywał się zielony blask. Mimo, że to właśnie ten zbiornik wody wydobywał światło woda była czarna i nieprzeźroczysta. Rzuciłam ręcznik i kluczyk na ziemie po czym w to samo  miejsce złożyłam ubrania. Zanurzyłam się w wodzie. Byłą zimna. Mimo to przyjemna. Zanurkowałam. Gdy wypływałam czuła się jak nowo narodzona. Uśmiechnęłam się szeroko i odgarnęłam włosy do tyłu. Usłyszałam czyjś śmiech. Odwróciłam się. Ma brzegu zbiornika siedział Lucjan. Wskoczył do wody. Dzięki Bogu! Woda dosięgała nam do ramion. Kiedy się wynurzył zobaczyłam świeżą bliznę na jego przed ramieniu. Podążył za moim wzrokiem.
-Co aniołku? Nie widziałaś co mi zrobiłaś?
Spuściłam wzrok.
-Nie wstydź się. Wiem, że jesteś jedyną osobą, która umie coś takiego. Każdy z was ma inną moc prawda?
Nic nie odpowiedziałam.
-Ivy może sprawić, że widzi kogoś kogo chce zobaczyć, nawet jeśli jest on daleko. Samuel mógł stwierdzić kiedy ktoś chce go zdradzić i świetnie zna każdy styl walki. Z tego co  pamiętam nigdzie nie było napisane jaką ty masz moc. Zdradzisz mi ją?
-Umiem przyzywać światło Boże – czemu mu to mówię? - Jako jedyna czuje ludzkie emocje i jestem też jednym z dziesięciu aniołów śmierci, a oni też mają swoje oddzielne moce.
Odwróciłam się od niego.  Podeszłam do krawędzi jeziorka i chwyciłam szampon. Rozprowadziłam go po głowie. Wzdrygnęłam się, gdy poczułam jego oddech na karku.
-Pozwól, że ja to zrobię..
Ściągnął mi moje dłonie z głowy i zaczął masować mi głowę. Ta chwila mogła y trwać wiecznie. Niestety, nie było mi to dane. Upadły przestał. Zanurzyłam głowę i spłukałam płyn. Wzięłam wdech i spojrzałam na niego. Wpatrywałam się w jego oczy. Ten bursztyn. Zamarzyłam się. Z resztą on też. Patrzył w moje jasnobłękitne oczy.
-Proszę -szepnął – tym razem mi nic nie zrób...
Nic nie zdążyłam zrobić, a on złożył pocałunek na moich ustach. Smakował tak słodko, ze odpłynęłam. Namiętny pocałunek sprawiał, ze zapomniałam oddychać, więc wciągnęłam powietrze. Lucjan zrozumiał to opatrznie i oderwał się ode mnie. Jednak ja już zasmakowałam zakazanego owocu. Rzuciłam mu ręce na szyję i ponownie złączyłam nasze wargi w uścisku.

***

Siedziałam w sali tronowej. Płakałam już od paru dni. Jak mogłam pozwolić, aby Daiana trafiła do piekła?! Tak, brawo Ivy! Na wszystkich świętych! Mówię o sobie w trzeciej osobie? Naprawdę ze mną źle... Ktoś położył mi rękę na ramieniu. To była mała Klara. Jako jedyna rozumiała mój ból. Daiana była jej najlepszą opiekunką i towarzyszką. Oddały by za siebie życie. Usiadła obok mnie. Rude włosy spięła w kitka. Siedziałyśmy tak obie w ciszy.
-Ivy.. - zaczęła – mam pytanie..
-Tak? - usłyszałam swój głos. Od wielu dni nie mówiłam. Stał się ochrypły i matowy.
-Tak sobie myślałam... Wiem, że to trochę głupi pomysł, ale..
-Ale?
-Może spróbujesz zobaczyć Daianę? Wiesz tak jak patrzysz na ludzi?
Że ja o tym nie pomyślałam!
-Klaro! To jest świetny pomysł!
Zamknęłam oczy bym mogła łatwiej się skoncentrować. Myślałam o siostrze, o jej kasztanowych włosach, o roześmianych oczach, o malinowych ustach... I nagle zobaczyłam scenę, która nie była dla mnie przeznaczona. Trzecia serafina znajdowała się w ciemnej jaskini z świecącym jeziorkiem. Była naga. Myślałam, ze zażywa kąpieli, ale obściskiwała się z Upadłym. Z Lucjanem. Ich nagość... To tylko wskazywało na jedno. Najgorsze było to, że one jej nie zmuszał. Sama założyła mu ręce na szyję i przycisnęła go do siebie mocniej. Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Otworzyłam oczy. Wszyscy aniołowie patrzyli na mnie. Poczułam jak łzy spływają mi na policzki. Wstałam i pobiegłam. Wbiegłam  do sali w której Bóg rozmawiał ze zmarłymi duszami z nieba. Otworzyłam z rozpędu w drzwi.  Pokoik miał dwa krzesła. Wzrok Stworzyciela i świętego spoczęły na mnie. Bóg wstał i rozpostarł ramiona, gdy tylko zobaczył moje łzy. Podleciałam do niego i wtuliłam się w niego tak, jak dzieci wtulają się w rodziców.
-Ci -uspokajał mnie, głaszcząc po głowie – Co się stało?
-Daiana.. ona... - pokazałam mu wspomnienia.
-Spokojnie wszystko się ułoży... Patrz co się tam dzieje cały czas i zobaczysz.
Pociągnęłam nosem i otarłam łzy.
-Dobrze, Ojcze jak sobie życzysz

***

Lucjan nadal całował mnie. Teraz jego pocałunki były bardziej namiętne. On sam bym bardziej pewny siebie. Chciał mnie przyciągnąć jeszcze bliżej. Za blisko. Nasze nagie ciała dzieliły centymetry. Położyłam mu dłoń na torsie.
- Lucjanie... Nie mogę przekraczać pewnych granic...
- Już przekroczyłaś...
- Wiem. .. nie mogę przeginać..
- Dobrze...
Odsunął mnie delikatnie. Wyszedł z wody.
- Lucjanie!
Odwrócił się.
-Proszę nie bądź zły...
Uśmiechnął się.
- Aniele... Nie jestem zły. Wiem że i tak pozwoliłem sobie na dużo.
I wyszedł. O boże... W brzuchu czułam miłe łaskotanie.
Czy ja się zakochałam? To uczucie nie było przeznaczone dla aniołów. Owinęłam się w ręcznik. I wyszłam. Na łóżku leżała sukienka w folii. Otworzyłam ją i moim oczom ukazała się śnieżna letnia suknia do kolan. Do tego była czarna skórzana kurtka. No cóż nie miałam innego wyjścia tylko to założyć. Byłam pewna, że Lucjan stopniowo przekona mnie do krótkich „sukienek”. Ubrałam strój. Następnie chwyciłam za szczotkę, która leżała na szafce nocnej. Rozczesałam ją moje mokre włosy, a potem dosuszyłam je ręcznikiem i spięłam w koka. Na szafce znalazłam również małe lusterko. Spojrzałam na siebie.
Kobieta w lustrze nie przypominała mnie. Wydać było po niej zmęczenie. Miała podkrążone oczy i była blada jak ściana. Nie uśmiechała się, ale w jej oczach nadal świeciły ogniki. Odgarnęłam niesforny kosmyk za ucho. Nie miałam bladego pojęcia, gdzie zabiera mnie syn Szatana. I chyba nawet nie chciałam wiedzieć. Czułam, że potrzebuje być blisko niego. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego w stosunku do innej osoby. Podskoczyłam. Ktoś zapukał do drzwi.
-Gotowa Aniele?
Uśmiechnęłam się. To on. Wstałam z miękkiego łóżka i ruszyłam w stronę drzwi. Gdy je otwierałam, głośno skrzypnęły. Moim oczom ukazał się Upadły. Opierał się o ścinę. Chciałam już pójść w jego stronę, ale on się zaśmiał. Spojrzałam na niego z pytaniem na twarzy.
-Nie zapomniałaś o butach?
No tak. Zaczerwieniłam się jak burak i cofnęłam o krok. Obok ściany, gdzie znajdowało wyjście stały białe baleriny. Założyłam je pośpiesznie i wróciłam do Lucyfera. Zamknął za mną drzwi i podał szarmancko rękę. Korytarz miał czarną podłogę i ściany. Wyglądał bardziej jak tunel. Mijaliśmy drzwi identyczne jak moje. Schody po których schodziliśmy, były czarnego marmuru. Na dole był wielki hol, który bardzo przypominał stylem sale tronową Samuela. Wyszliśmy z budynku. Po raz pierwszy naprawdę przyglądałam się ulicy w Piekle. Domy i bloki były albo szare, albo ciemnofioletowe. Ulice, idealnie gładkie, świeciły pustkami. Nie było tu czegoś takiego jak niebo, tylko sklepienie, jakbyśmy byli w ogromnej jaskini, którą można od tak podzielić na miasta. Przed budowle z której wyszliśmy, podjechała taksówka. Przypominała te z Nowego Yorku. Lucjan otworzył mi drzwi do pojazdu. Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Gdzie on mnie zabiera? Usiadłam na czarnej śliskiej kanapie. Po chwili i Upadły usiadł obok mnie.
-Dokąd mnie zabierasz? - spytałam go.
Uśmiechnął się szeroko.
-To będzie moja mała niespodzianka.
Nachylił się do kierowcy i coś szepnął. Mężczyzna bez słowa ruszył.

***

Siedziałem na kanapie obok mojej Anielicy. Nieświadoma co ją czeka, wierciła się w jednym miejscu. Musiałem ją wyciągnąć z Piekła bo inaczej by zwariowała. Nie dziwie jej się. Kiedy ja byłem w Niebie czułem się jakby koś ze mnie wysysał siły. Chciałem, aby ona mogła od tego trochę odpocząć. Oczywiście nie mogłem zabrać jej do Królestwa Niebieskiego. Mijaliśmy przeróżne budynki. Poniekąd cieszyłem się, że Daiana jest nieświadoma co się w niektórych dzieje. Gdy samochód zaczął się unosić do góry, usłyszałem jak jej serce przyśpiesza. Spojrzała na mnie spod swoich grubych, długich rzęs.
-Spokojnie Aniele... Wszystko w porządku..
-Jesteś tego pewien? Wiesz w ogóle gdzie jedziemy? -  powiedziała swoim aksamitnym głosem.
Kiedy się bała, chciałem tylko ją przysunąć do siebie i przytulić. Jednak nie chciałem jej wystraszyć. Bałem się, że to co się stało w jaskini będzie moim jedynym zbliżeniem do Daiany. Nie. Nie mogę o tym tak myśleć. Kocham ją. Ale czy ona czuje to samo? Kiedy Ojciec powiedział jej o ślubie... No wszyscy wiemy jak się to skończyło. Może po prostu to było dla niej za dużo...
-Tak jestem pewien. Zaufaj mi...
Wypuściła powietrze z ust. Szczerze? Daiana to najpiękniejsza anielica jaką widziałem. Nie przesadzam. Miała mocne, długie czekoladowe kręcone włosy. Ubrania które jej wybrałem leżały na niej idealnie. Z resztą jak wszystko. Wyglądała normalnie, czyli podobnie jak kobiety w XIX wieku. Łatwiej nam będzie wtopić się w tłum. Wyglądałem przy niej jak brzydkie kaczątko. Wszyscy Upadli mi jej zazdrościli, nie zdziwiłbym się jeśli w Niebie też. W końcu dotarliśmy na miejsce. Wysiadłem pierwszy i przytrzymałem drzwiczki, aby Daiana mogła wysiąść. Gdy tylko trzasnąłem drzwiami, pojazd odjechał. Nie obchodziło mnie to bo zobaczyłem na twarzy Anielicy najpierw szok, a potem uśmiech. Znajdowaliśmy się w Los Angeles. Kiedyś o miasto nazywało się Lost Angeles i zostało założone przez Upadłych. Tak, nasi koledzy mieli niezłe poczucie humoru... Dziś odbywała się jakaś parada. Ludzie świętowali na ulicach. Zabrałem ją na obrzeża maista. Odbywał się tam koncert, grille i uliczni tancerze pokazywali co umieli. Staliśmy nie tak daleko od sceny. Puszczali moją ulubioną piosenkę Redioactive zespołu Imagine Dragons. Złapałem ją za dłoń, a drugą rękę umieściłem na jej biodrze. Przyciągnąłem ją bliżej siebie. Zaraz miał się zacząć refren. Przy słowach "Im waking up! I feel it in my bouns!..." pocałowałem ją. Nie puszczałem jej. Ona tylko przybliżyła się do mnie i przycisnęła mnie do siebie. Swoimi zgrabnymi dłońmi wczepiła się w moje włosy. Oplotłem ją ramionami w pasie i delikatnie podniosłem. Ona ułożyła stopę jak balerina i końcówkami palców dotykała ziemi. Zamknąłem oczy i myślałem tylko o niej. O jej waniliowym zapachu, słodkich wargach... Pragnąłem jej i tylko jej. Uświadomiłem sobie, że igram z ogniem. Jednak uwielbiam ryzyko i będę o nią walczyć, nawet z samym Bogiem. Zacząłem całować ją po szyi. Ona delikatnie odchyliła głowę. Nie mogłem myśleć o żadnych granicach. Znowu pocałowałem ją w usta. Kiedy ją całowałem poczułem, że jej usta wyginają się w uśmiech. Nie chciałem przestać. Nawet nie miałem takiego zamiaru. Daiana pragnęła mnie tak jak ja ją. Tylko to się dla mnie liczyło. Nic więcej. Piosenka się skończyła. Oderwałem ją powoli od siebie. Widać było, że lepiej się czuła. Pogłaskałem ją po policzku.
-Poczekaj, przyniosę Ci coś do picia...
Skinęła głową. Ruszyłem w stronę straganów.

***

Na wszystkich świętych... Serce waliło mi jak dzwon. Wezbrały we mnie siły. Patrzyłam na plecy Lucjana, który poszedł po coś do picia. Myślałam, że byłam tylko jego kaprysem, a tu okazało się, że ufa mi. Pozwolił mi zostać samej, wyciągnął mnie z Podziemia, abym mogła się zregenerować, poszedł ze mną sam, a wiedział, że gdy odzyskam siły mogłabym uciec... A jednak nadal mi ufał i myślę, że pała do mnie uczuciem, takim jak ja do niego. To niesamowite. Nagle poczułam, że czas zwalnia... Nie słyszałam krzyków, rozmów, muzyki, tylko własne bicie serca i oddech. Odwróciłam się. Mogłabym przysiąc, że... Nagle ktoś złapał mnie od tyłu. Przyłożył mi chustkę do ust i nosa. Szarpałam się. Nie mogłam rozłożyć skrzydeł przy wszystkich. Byłam bezbronna. Wzięłam wdech. I to był wielki błąd. W chusteczce coś było, to coś sprawiło, że ciemność zalała mi obraz.

Rozdział II Witamy w Hadesie


Otworzyłam oczy. Leżałam w wygodnym łożu. Musiałam zemdleć bo pamiętałam jak przeszłam z Lucjanem przez Bramę i.. tyle. W głowie mi dudniło i czułam się wycieńczona. Oddychałam powoli. Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju. Miało sosnową podłogę i meble. Łóżko z baldachimem, komoda, półki nocne.. Wszystko z sosny. Poszewka kołdry była z aksamitu, miało kolor czerwieni. Ściany były czarne.  Naprzeciwko łóżka zza uchylonych drzwi można zobaczyć łazienkę. Po lewej były zamknięte drzwi z czarnego kamienia. Wyjście. Usiadłam na brzegu łóżka. Zrobiłam to powoli bo w głowie mi buzowało. Stopy zawisły centymetry nad ziemią. Musiałam wstać. Mimo sprzeciwu wszystkich mięśni chwiejnie stanęłam na nogi. Walcząc o każdy krok, szłam w stronę drzwi. Ostatkami sił chwyciłam za klamkę. Zamknięte. Niech to.
-No no no... - usłyszałam basowy głos -chyba Aniołek chciał uciec,
prawda?
Obróciłam się napięcie. Z cienia wyłonił się demon. Ubrany w czarne spodnie, biały T-shirt i czarną skórzaną kurtkę wyglądał jak człowiek. Jednak najpiękniejszy jakiego widziałam. Mogłabym go pomylić z ulubieńcami Ojca, ale biła od niego zbyt wielka złość jak na człowieka. Cofnęłam się o krok do tyłu. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-Czyżbym Cię wystraszył maleńka?
-Odejdź
Cmoknął z dezaprobatą.
-Ależ nie mogę!
-Czego chcesz?
-Ja chcę Cię nauczyć pokory!
Przywarłam do ściany. Zbliżał się bliżej i bliżej. W końcu przycisnął mnie to czarnej tapety. Zaczął mnie głaskać po policzku.
-Jesteś taka piękna.. Poddaj się moim wargą...
Chciał mnie pocałować, ale dałam radę wyrwać dłoń z jego uścisku i uderzyłam go z całej siły. Uderzenia odrzuciło go na metr. Spojrzał na mnie z wściekłością.
-Jak śmiałaś?!
Wysunął swoje czarne skrzydła. Użył mocy piekła i przywołał ciemną moc. Czarne macki rwały się w moją stronę. Nie było sensu się bronić. Przynajmniej będzie to krótka śmierć,a moja dusza będzie wolna. Macki mnie dosięgnęły, Haratały mi nadgarstki i kostki. Przewróciłam się. Cienie dostały mi się do mózgu. Wysyłały obrazy rzezi, wojem, morderstw.. Zwykłe anioły szybko by umarły. Jako, że byłam Serafinem, nie zbiło mnie to, jeszcze.. Osłabiały mnie, męczyły i sprawiły ogromny ból.. Wiłam się z bólu. Krzyczałam, ale nie błagałam o litość. Nie miałam zamiaru splamić mojego honoru. Do pokoju weszli dwaj Upadli. Poznałam ich mimo katuszy. Rokita i Lucjan. Rokita krzyknął na mojego kata.
-Boruta! Masz w tej chwili przestać!
Boruta westchnął jakby mu zabrali  zabawkę. Lucjan rzucił się w moją stronę. Położył sobie moją głowę na kolanach. Głaskał mnie po niej uspokajająco.
-Ci.. już wszystko dobrze, jesteś bezpieczna.
Surrealistyczną rzeczą był przypływ szczęści, że jest obok mnie. Czułam się mimo wszystko przy im bezpieczna. Wtuliłam się w jego tors. I uspakajałam bicie mojego serca.
-Boruto – zaczął najpoważniejszym głosem jaki usłyszałam z jego ust – miałeś ją tylko upomnieć, gdyby chciała coś kombinować, a nie gdy nacisnęła na klamkę!
-Ale..
-NIE MA ŻADNYCH ALE!
-Po za tym to, że cię odtrąciła to nie powód to zamordowania jej!
Mój niedoszły kat wyszedł z pokoju i trzasnął drzwiami,
-Rokito – zaczął mój obrońca – mógł byś wyjść? Dziękuje ci za pomoc, ale chcę zostać z Daianą sam na sam...
Upadły się skłonił.
-Jak sobie życzysz, panie.
Wyszedł z pokoju jak Boruta. Lucjan wziął mnie na ręce i położył na łożu. Usiadł na jego skraju.
-Jak się czujesz?
Nic nie powiedziałam. Pochylił głowę.
-Przyślę do ciebie Eleonorę. Pomoże Ci w... przygotowaniach.
Zapadła krępująca cisza.
-To ja.. pójdę.
Zostałam sama w pokoju. Leżałam bez ruchu. Moje kasztanowe loki kręciłam jeszcze bardziej na pacach. W wielkie marmurowe wrota, ktoś cichutko zapukał. Po chwili oczekiwania wszedł ktoś nowy.  Do pomieszczenia weszła kobieta, o blond włosach z siwymi refleksami. Miała czarne oczy. Mimo tego wyglądała miło i biło od niej ciepło. Włosy splotła w kłosa. Ubrała się w czarne szmatki. Skinęła mi głową.
-Witam panienko!
-Witaj, jesteś Eleonora? - spytałam.
-Owszem panienko, mam za zadanie przygotować Cię na spotkanie z Królem!
-Eleonoro... To mój starszy brat i nie czuje, żeby można było go nazywać królem!
-Panienka tak nie mówi! Gdyby książę Lucyfer to usłyszał byłoby po nas!
Chciałam już powiedzieć coś na temat przydomka „książę”, ale staruszka podeszła do małej komody na kółkach, którą przywiozła ze sobą i  wyciągnęła z niej coś czarnego. Podała mi to pośpiesznie paczkę. Odwinęłam to i ujrzałam... Na wszystkich świętych... W rękach trzymałam czarną, skórzaną bluzkę. Po chwili uświadomiłam sobie, że to właśnie jest cały strój. To miała być moja sukienka. Do tego Eleonora postawiła przede mną czarne kozaki z tego samego materiału co „sukienka”. Patrzyła na mnie z nadzieją. Otworzyłam szeroko oczy. Z rozdziawioną buzią zwróciłam się do Eleonory.
-Em.. Ale oni sobie żartują?
-Nie proszę panienki...
-Nie no tego już za wiele!
Wyszłam z pokoju. Nie znając budynku ruszyłam na dół. Usłyszałam jak Eleonora biegnie za mną.
-Panienko!
Szłam dalej. Na dole było coś w stylu recepcji. Przy biurko siedziała kobieta około dwudziestki. Miała ciemno-czerwone włosy i kocie oczy. Spojrzała na mnie z uśmiechem.
-W czym mogę pomóc?
Odwzajemniłam uśmiech. Zrobiłam to jak najuprzejmiej umiałam.
-Mogę prosić na rozmowę z Lucjanem?
-Och, mówisz o naszym księciu? - zachichotała – Kochana wiele z nas chcę z nim rozmawiać! Wątpię, żeby chciał rozmawiać z – urwała patrząc na mnie z dezaprobatą – tobą..
Spojrzałam na siebie. Nie wyglądałam najlepiej. Miałam moją wcześniejszą sukienkę, ale teraz była rozerwana przy kolanach. Miała kolor smoły, którą tak w ogóle została umazana. Włosy miałam w kompletnym nieładzie. Pewnie moja twarz wyglądała nie lepiej.
-Proszę Cię, abyś jednak spróbowała do niego zatelefonować.
Westchnęła. I odwróciła się. W tym momencie doszła do mnie Eleonora. Lekko dyszała i dopiero teraz zauważyłam, że kuleje. Jednak uwagę skupiłam na kobiecie za biurkiem. Przyłożyła słuchawkę do ucha i wystukała jakieś cyfry. Mogłam spokojnie słyszeć co mówią.
-Tak?
-Witaj Lucyferze! - pisnęła dziewczyna.
-Co się znowu stało?
-Jakaś dziewczyna do ciebie!
-Ile razy ci mówiłem?! Żadnych głupich dziewczyn!
-Dobrze przepraszam! - chciała odłożyć słuchawkę, ale ją powstrzymałam.
-Powiedz, że chcę z nim mówić Daiana.
-A! Królu! Dziewczyna mówi, że zwie się Daiana!
-Czemu mi nie powiedziałaś, że to moja anielica?!
-Bo..ja... - zaczęła się jąkać.
-Dobra dawaj ją!
Drżącą ręką podała mi słuchawkę.
-Cześć aniołku – mruczał jak kot – Jesteś gotowa? W półgodziny?
-Nie, zobaczyłam właśnie mój strój! Myślisz, że jakikolwiek anioł ubrał by się w takie  coś?!
-Piękna, wiesz, że wszystkie upadłe tego chcą? Sam ci to wybrałem!
-Lucjanie, wiesz dobrze, że nie jestem Upadłą i nie mam zamiaru chodzić tak skąpo ubrana!
-No dobrze. Poczekaj chwilę. Znajduje się w budynku obok. Wyślę Ci mojego posłańca z nowym ubiorem.
-Tym razem coś dłuższego!
Zanim dokończyłam sygnał się urwał. Sfrustrowana poszłam z Eleonorą na górę. Usiadłam na łóżku. Spojrzałam jej w oczy.
-Nie powinnaś,  przeciwstawiać się, panienko..
Spojrzała na nią z powagą. Zachowałam minę skamieniałą, jak wtedy, gdy moi bracia dostali zadanie wymordowania dzieci z Egiptu. Sama byłam temu przeciwna. Mimo to..
-Eleonoro, to nie mają być wakacje. Jestem tu by pokazać, ze nigdy nie ugnę się i nie odwrócę się przeciw Ojcu. Nikt nie przekona mnie do zmian praw jakie mamy w niebie.
Zapadła krępująca cisza. Do pokoju wszedł mężczyzna o dwóch metrach. Eleganci garnitur leżał na nim idealnie. Podał mi  paczkę.
-Lucjan przesyła pozdrowienia.
I wyszedł. Odpakowałam ja i wyciągnęłam z niej białą suknie. Była mi do kostek, Eleonora związała mi w pasie niebieską tasiemkę, która podkreślała mi oczy. Z łazienki wzięłam szczotkę i pośpiesznie rozczesałam włosy. Przytuliłam ją i przeprosiłam. Nie powinnam jej tak traktować. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ja opowiedziałam jej o Niebie, a ona mi o życiu na ziemi. Podskoczyłam. Bo usłyszałam pukanie do drzwi. Z za drzwi usłyszałam głos.
-Aniołku! Musimy lecieć!
Zaprawdę jego żarty mnie nie bawiły. Wyszłam z pokoju ze spuszczona głową. Przed pokojem stał on. Lucjan. Mój podziemny ochroniarz. Serce mi zabiło mocniej. GŁUPIA! Co się z tobą dzieję? Nie miałam bladego pojęcia co się stało, że tak reagowałam na  jego widok. Nic jednak nie powiedziałam. Wyprowadził mnie z budynku. Przed hotelem stała czarna limuzyna. Otworzył przede mną drzwi i uśmiechnął się szarmancko. Założyłam ręce a piersi.
-Nie przesadzasz Lucjanie?
-Dla mojego aniołka wszystko!
Przewróciłam oczami.
-Jedźmy już...
Wsiedliśmy do niej.
W środku było białe wnętrze i jacuzzi. Usiadłam na kanapie. Lucyfer się uśmiechnął łobuzersko. Ściągnął smoking i wszedł do jacuzzi. Odwróciłam pośpiesznie wzrok. Patrzyłam przez okno. Po pół godziny jazdy Lucyfer się odezwał.
-Nie chcesz się do mnie przyłączyć?
Podniosłam brew.
-Nie dziękuje...
-Pamiętaj, że mamy jeszcze godzinkę.
-Posiedzę.
Wzruszył ramionami.
-Jak tam chcesz, ale w końcu ulegniesz mojemu
urokowi..
-Szczerze wątpię..
Po godzinnej jeździe, miałam już dość. Czułam się ospała i obolała. Traciłam siły, Lucyfer wręcz przeciwnie. Nabierał energii. Było to dość krępujące, że nie miał na sobie no.. nic. Dobrze zbudowany, ale nie napakowany. Miał wysoką posturę. Jego włosy miały kruczy kolor. Mimo, że to Upadły mogłam rzec, że jest niczego sobie. AH! Co ja robię? W niebie nie miałam takich myśli! To na pewno wina tego miejsca. Ono sprawiało, że moje ciało czuło, że mogło by zgrzeszyć. Robiąc to uległabym. Nie ugnę się.  Nigdy. Muszę uwierzyć, ze Bóg da mi siłę. Z zamyśleń wyrwało mnie chrząknięcie Upadłego. Gdy otworzyłam oczy, kończył zapinać koszulę.
-Daiano -  zaczął – Jesteśmy na miejscu...
Podniosłam się chwiejnie na nogi. Mój towarzysz wziął mnie pod rękę. Jego  ramię było gorące. Przyjrzałam się jego twarzy. Miał ostre kości policzkowe, jego oczy były posadzone głęboko. Usta miał pełne, koloru czerwonej maliny, jednak nie wydawały się sztuczne czy że używa szminki. Wtedy zainteresowałam się bardziej oczami. Rzęsy miał grube i długie. Kolor oczu pochłaniał. Dosłownie miał bursztynowy kolor. Jako patronka Polski widziałam bursztyn wile razy. Tylko, że ten kolor... na granicach źrenic schodził do koloru nocy. Kiedy zauważył, że wpatruje się w jego twarz uśmiechną się szelmowsko. Spłonęłam rumieńcem i odwróciłam wzrok. Szliśmy dalej. Ujrzałam wielką budowle. Cała była z czarnego kamienia. Była bardzo w stylu Samuela. Weszliśmy do sali tronowej. Do tronu prowadził czerwony dywan. Po bokach stały złote misy na stojakach w kształcie litery X. Było tu  mnóstwo kolumn. Patrzyłam w stronę tronu. Był cały ze złota, a obicie miał krwisto-czerwone. Na oparciu miało mnóstwo kamieni szlachetnych. No tak, przecież Samuel nie był skromny.. Na tronie siedział właśnie on. Ubrany w szatę jak dawni Grecy, tylko, że czarną. Opierał łokieć na podłokietniku i zamyślał. Wokoło kręciło się mnóstwo służących i Upadłych robiących za doradców. Samuel miał czarne kręcone włosy i brodę. Oczy miał  kiedyś brązowe niczym płynna czekolada. Teraz były niczym czarna noc. Głowa mi pękała. Jego zła poświata w Piekle zwiększała się. Ja byłam silniejsza w Niebie. Dlatego tu czułam się słaba. Na Ziemi byliśmy równi siłą. W końcu pan Podziemia spostrzegł nas. Uśmiechnął się złowieszczo. Lucjan podjął szybszy krok. Jednak ja już nie posiadałam takich zasobów energii. Spowalniałam go. Oddech mi przyspieszył. Ciemna moc odbierała mi siły. Parę metrów przed tronem, Samuel powstrzymał swojego syna ręką. A on ukląkł. Wciąż dzielnie stałam i patrzyła z pogardą w oczy brata.
-Nie podchodź bliżej – powiedział Samuel, spojrzał na mnie z drwiącym  uśmieszkiem – Ona nie powstrzyma mojej mocy..
-Mocy? - prychnęłam. Wciąż miałam problem z równowagą i dyszałam cicho – Chyba przekleństwa Samuelu...
Jego poddani wstrzymali oddech. Nie wiedzieli, że mam czelność mówić jego imię,
-Powinnaś się kłaniać przed swoim królem... - syknął przez żeby.
-Przed królem? - powiedziałam ochrypłym głosem – wszystko wszystkim, ale król jest tylko jeden!
Wstał z tronu. Rozwścieczyłam go. Dobrze.
-Teraz jesteś u nas.. i wielbisz NASZYCH królów...
Spojrzałam na niego wilkiem.
-Jest tylko jeden monarcha świata...
-Tak, tak.. według ciebie
-Mnie ciekawi inna kwestia – zaczął Boruta, który pojawił się znikąd – kiedy ślub?
Zamurowało mnie.
-Kiedy co?!-krzyknęłam.
-Dobrze słyszałaś siostro – mruknął Samuel.
-Że niby z kim?!
-Jak to z kim?! Z Lucjanem oczywiście! To on cię wynegocjował!
-Kto powiedział, ze się na to zgodzę?!
-Nikt -uśmiechał się Boruta – ale ty nie masz nic do gadania. Najsłodszy będzie widok małych słodkich upadłych anielątek!
-SŁUCHAM?! WSZYSTKO WSZYSTKIM! ALE NIE UPADNĘ!!!
Diabeł nikł, a w miejscu gdzie stał był czarny wir. Po chwili i on zniknął.
-Nie jestem tego taki pewien...
Jego głos usłyszałam tuż przy uchu. Czułam jego oddech na karku. Odwróciłam się napięcie, ale on już znikł. To był mój kop adrenaliny. Odzyskałam siły. Wypełniła mnie anielska moc. Chciałam się obrócić w stronę tronu, ale ktoś mnie trzymał w pasie.
-Jesteś nasza – miał aksamitny baryton..
-Nie – szepnęłam – nie jestem.
Rozłożyłam moje skrzydła i machnęłam nimi. Powietrze , albo one same odrzuciły Samuela na parę metrów. Lucjan wstał i patrzył na moje skrzydła jak zaczarowany. Skrzydła serafin miały coś nadzwyczajnego. Ich światło sprawiało, że są piękne, ale wrogowie ich się bali. Dlatego wcześniej je schowałam pod skórą. Strażnicy ruszyli w moją stronę. Pomyślałam o niebie. O dobru. O świetle. Poświata powaliła ich, ale nie Borutę i Samuela. Musiałam pomyśleć o czymś najszczęśliwszym. Ale o czym? I nagle...Na myśl przyszedł mi Lucjan. Jego złote oczy, czarne włosy, umięśniony tors... Ta myśl wystarczyła. Anielska światłość spowiła każdy zakamarek sali. Kiedy każdy uciekł, wywrócił się lub schował opuściła mnie moc. Byłam z metr nad ziemią. Upadłam na kolana. Użycie anielskiej mocy kosztowało mnie srogo. Zużyłam moje resztki energii. Obraz przed oczami rozmazał mi się. Zobaczyłam jak w moją stronę idzie Upadły. Mój brat pogłaskał mnie po policzku.
-Będzie cię ciężej uwiązać nić myślałem...
Po tym pamiętam tylko zalewającą mnie czerń.