wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział V "Kto by uderzył swego ojca albo matkę, winien być ukarany śmiercią." (Wj 21, 15)

DUDUDUDUM ;-; Przed ostatni rozdział! Zażalenia i załamania na temat zabijania bohaterów
 tu proszę w wiadomościach -> https://www.facebook.com/liwia.mackow
_____________________________________________________
__________________________



      Czego można się spodziewać po moim synu? Jaki on przewidywalny... Gdy tylko wrócił wyzwał mnie na pojedynek na śmierć i życie.. Nie no okey... Bardziej zaciekawiło mnie, że towarzyszyła mu moja siostra... Chłopak ma dar.. Przez wieki próbowałem zachęcić Serafiny do upadku, ale się stawiały. Lucjan był dwa razy w Niebie i dwukrotnie przyprowadził ze sobą którąś z moich sióstr. Zdolniacha...
      Wyznaczyłem Rokitę do przygotowania pola bitwy. Jak zwykle przyjął rozkaz bez mrugnięcia okiem. W ciągu paru godzin zdołał ogrodzić płotkam plac, na którym pierwszy raz odeszła od nas Daiana. Bitwa miała się odbyć dopiero za parę godzin, więc miałem jeszcze trochę czasu dla siebie.
      Spacerowałem po ziemskim cmentarzu. Tylu ludzi umierało w młodym wieku.. Przerażające... To chyba jakaś idiotyczna tradycja, że Upadli tworzyli groby swoim zmarłym. Ponieważ jako anioły nosimy tylko imiona, nazywaliśmy przyjaciół na nagrobkach „Smith”. Może i faktycznie jest głupia, ale jednak pozwala nam na jakby... porozmawianiu samym ze sobą nad grobem ukochanej osoby.
      W ludzkim świecie panowała noc. Czarny żwir skrzypiał pod naciskiem moich stóp. Wysokie drzewa odgradzające świat od cmentarza cicho szumiały, jakby dzieliły się sekretami. Do mych uszu dochodziło cykanie świerszczy. Jednak cuda natury nie przyciągały mojej uwagii... Interesowało mnie niebo. W nocy zamieniało się w coś niesamowitego. Gwiazdy, przypominające małe diody rozjaśniały nicość. Czasami do tego stopnia, że kruczy kolor nieboskłony zmieniał barwę do granatu. Tu, na obrzeżach Los Angeles, z dala od miastowego „smoka” można nawet było dostrzec fioletowe odcienie drogi mlecznej. Sam nie wiem co mnie w tym pasjonowało... Jednak jakaś magiczna siła, niezrozumiała dla nikogo, kazała mi wpatrywać się w niebo.
      Zatrzymałem się. Dotarłem do mojego celu. Stałem przed grobem, którego napis głosił: „Ariel Smith. Żona, matka, siostra. Na zawsze w naszej pamięci. Zm.” i tu data była zamazana. Osobiście starłem ten okrutny napis z nagrobka żony. Jej anielskie imię brzmiało Aariel, ale uwielbiałem mówić do niej ludzkim odpowiednikiem tego świętego imienia.
      -Ariel... - powiedziałem łamiącym się głosem. - Co ja mam zrobić...?
    Kucnąłem przy kamiennej płycie i położyłem na niej dłoń. Światło księżyca odbijało się w niej. Od kamienia było chłodem.
      -Co ja narobiłem... - jęknąłem.
Łzy ciekły mi z oczu i opadały na ziemie.
      -Co mam zrobić? - krzyknąłem z frustracją w niebo.

* * *

      -Nienawidzę tego.. - warknął syn Szatana, ściskając kurczowo kartkę.
Staliśmy w pokoiku, gdzie jeszcze nie dawno spał spokojnie z wtedy żywą Daianą. „1. Powiedz jej, że byłam szczęśliwa. 2. Przypominaj jej, że zrobiłbyś dla niej wszystko. 3. Stój za nią murem. 4. Rób wszystko by miała dobre dzieciństwo.. 5. Nie pozwól by poznała Samuela. 6. Przypilnuj by chodziła do kościoła. 7. Nigdy nie zabraniaj jej przyziemnych rzeczy. 8. Mieszkaj z nią gdzieś nad morzem, wiesz, że jako Trójka miałam sentyment do wody. 9. Kupuj jej róże na urodziny. 10. Przypilnuj bym spoczęła wśród pęków róż.” - to głosił krótki testament mojej Siostry. Spojrzałam zmartwiona na Bratanka.
      -Wiesz... - szepnęłam cicho – Spełniłeś parę punktów z tej listy nieświadomie.. Może... może skoro nie masz córki.. To rób wszystko z myślą o nich?
      Lepszego pomysłu nie miałam. Westchnął zrezygnowany i wyszedł napięcie z pokoju. Przewróciłam oczami. Nie był inny od Ojca... Łatwo było go wytrącić z równowagi i uciekał od problemów. Nie mógł... nie wiem... znaleźć jakąś Upadłą i się upić? Pójść na imprezę i tańczyć bez opamiętana? Oczywiście, że nie.
W tym punkcie też przypomina swego rodzica. Jego żałoba jest wieczna i nie można przywołać go do zdrowego rozsądku. Będzie zanurzał się w otchłani samotności, do momentu, gdy smutek przerodzi się w podłość i złość.

* * *

      Pora kogoś zabić. Mam dość. Chcę już zejść z tego świata, Westchnąłem. Nie umiałem się dogadać z Jedynką. Była zbyt... pocieszająca? Nie wiem już jak można określić tą upierdliwą Serafinę. Praktycznie wyskoczyłem z budynku i od razu udałem się na plac. Ponownie rozwinąłem testament ukochanej. „1. Powiedz jej, że byłam szczęśliwa. 2. Przypominaj jej, że zrobiłbyś dla niej wszystko. 3. Stój za nią murem. 4. Rób wszystko by miała dobre dzieciństwo.. 5. Nie pozwól by poznała Samuela. 6. Przypilnuj by chodziła do kościoła. 7. Nigdy nie zabraniaj jej przyziemnych rzeczy. 8. Mieszkaj z nią gdzieś nad morzem, wiesz, że jako Trójka miałam sentyment do wody. 9. Kupuj jej róże na urodziny. 10. Przypilnuj bym spoczęła wśród pęków róż”. Tak naprawdę mogłem skreślić wszystko. Pochowałem ją wśród pęków róż, a reszta dotyczyła naszej nie żyjącej córki.
      Schowałem kartkę do spodni i podniosłem wzrok. Plac był gotowy. Na środku stała wielka arena, odgrodzona od widzów siatką. Wzrok zebranych był skierowany w moją stronę. Bez żadnego wyrazu twarzy ruszyłem na pole bitwy. Czerwony piach skrzeczał pod moimi wojskowymi czarnymi butami. Ogrodzona platforma była kwadratowa. Na drugim końcu stał mój ojciec.
      -Pamiętaj... jeszcze możesz się wycofać! - krzyknął.
Chwyciłem za rękojeść od mojego miecza. Uśmiechnąłem się łobuzersko.
      -Chciałbyś...
I wtedy do moich uszu doszedł gong. Oboje rozłożyliśmy krucze skrzydła i wylecieliśmy w górę, by zabić drugiego.

* * *

      Stałem cały przemoczony od deszczu na środku ulicy. Miałem na sobie szary płaszcz, a skrzydła schowane pod skórą. Tak bardzo chciałbym je rozłożyć i po prostu rozbić szybę od tego biura... Czemu Szatan nigdy nie trzymał się umówionych godzin? Co tym razem go zatrzymało? Przestąpiłem z nogi na nogę. Jak dorwę tego dupka...
      -Michael? - usłyszałem aksamitny głos.
      Odwróciłem się w jego stronę. Pod białym parasolem stała niska dziewczyna. Miała czekoladowe włosy, które u dołu jaśniały do blondu. Szaro-niebieskie oczy, otoczone grubą warstwą rzęs wpatrywały się we mnie z niedowierzaniem.
      -Co ty tu robisz? - spytałem.
Victorii nie powinno tu być. Patronka zwycięzców powinna siedzieć wraz z innymi świętymi i... Dziewczyna ściągnęła brwi.
      -Chyba raczej co ty tutaj robisz?
      -Na pytanie odpowiadasz pytaniem? - uśmiechnąłem się szelmowsko.
Przewróciła oczami.
      -Eligiusz upadł... Zabił Klarę... Miałam sprawdzić, czy nie idzie do diabła, żeby do niego się przyłączyć... Mogłabym mu to wtedy wybić z głowy.. Twoja kolej...
Milczałem. Przeniosłem wzrok na chodnik.
      -Ty.. ty... nie możliwe... - cofnęła się z odrazą.
      -Proszę cię... To nie jest tak jak myślisz...
      -To dokładnie o czym myślę! - wymówiła zdanie starannie, oddzielnie akcentując każde słowo.
      -Victorio... zrobiłem to bo...
      -Nie obchodzi mnie to! Złamałeś zasady! Idę.. idę z tym do Ojca... - odwróciła się napięcie.
      -NIE! -rzuciłem w jej nogi nóż, aby ją zatrzymać.
    Nagle światło błysnęło tuż obok mnie. Wybuch odrzucił mnie, aż na drugą stronę ulicy. W miejscu eksplozji stał poważny anioł z wielkimi skrzydłami. Wpatrywał się we mnie z wściekłością.
      -Podnosisz rękę na Siostrę? Złamałeś już zbyt wiele razy prawo nieba jak i Piekła... Teraz przyszła kara...
      Znów błysk mnie oślepił. Nagle poczułem ostrze zanurzające się w moim sercu. Zassałem łapczywie powietrze, a z mej piersi wydarł się okrzyk bólu. Złapałem za rękojeść anielskiego noża. Ostatnie co moje oczy ujrzał zanim zapadłem w wieczny sen... To jak Gabriel podaje rękę Victorii i znikają otoczeni Bożą jasnością...